sobota, 19 listopada 2011
Faszerowane łódeczki ziemniaczane
Uff. Czy mnie tu naprawdę nie było miesiąc? Niewybaczalne. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Może tylko to, że jak nie jestem na zajęciach to jestem na praktykach, jak nie jestem na praktykach to siedzę nad zleceniami, jak nie siedzę nad zleceniami to widuję się z Pandą i jeszcze czasami usiłuję trochę pospać. Z przymusu ograniczam się do dań szybkich i nieskomplikowanych, które na blogu albo się już pojawiły, albo są za proste żeby się pojawiać.
Dziś danie poprzedzone krótkim wstępem. Mężczyzna twierdzi, że głównym produktem eksportowym Podkarpacia są ziemniaki - produkuje się z nich samochody, tkaniny, napoje oraz dachówki, nie mogę więc mieć do niego pretensji, że to jedyne co chce jeść, bo tak go wychowali. Na moje nieszczęście wiejska część rodziny obładowała mnie siatką wiejskich ziemniaków z wolnego wybiegu, w związku z czym przez tydzień jedliśmy ziemniaki. Kiedy na nieśmiałą propozycję, że może teraz byśmy zjedli spaghetti usłyszałam "ale jak to spaghetti z ziemniakami?" miarka się przebrała - zażądałam kilkudniowego odwyku od pyr.
Odwyk nie potrwał długo, jako że chcąc sprawić przyjemność Połówce poszłam na łatwiznę i zakupiłam składniki na rarytas, o którym wspominał mi parę tygodni wcześniej. Przepis pochodzi od Agaty, przyjaciółki Pandy - dzięki! :)
Danie jest na trzy solidnie głodne osoby, my nie zjedliśmy wszystkiego. Ale odgrzewane w mikrofalówce, na praktykach, smakują równie dobrze.
Składniki:
8-9 sporych ziemniaków, podobnej wielkości
1,5 kiełbasy
150g boczku wędzonego
100g sera żółtego
200g pieczarek
Parmezan do posypania
Pieprz, sól, papryka czerwona
Czas wykonania: 1h
Koszt: 7-10zł
Wykonanie:
Ziemniaki szorujemy porządnie szczoteczką, w łupinkach wkładamy do dużego garnka, zalewamy wodą, solimy. Gotujemy pod przykryciem aż będą al dente ;) nóż wbity w ziemniak powinien wchodzić gładko, ale nie wysuwać się od razu. Ziemniaki odcedzamy, zalewamy zimną wodą.
Na patelnię wrzucamy pokrojony w kosteczkę boczek, podsmażamy chwilę. Dorzucamy pokrojone w ćwiartki kapelusze pieczarek i talarki z nóżek. Podsmażamy chwilę aż pieczarki zmiękną. Dorzucamy kiełbasę, smażymy jeszcze chwilę, odstawiamy.
Lekko ostudzone ziemniaki przekrajamy na pół tak, aby przecięta powierzchnia była jak największa. Łyżeczką wydrążamy miseczki w miąższu, pamiętając, aby zostawić go od brzegów odpowiednio dużo. Dodajemy wydrążone fragmenty ziemniaków do farszu z patelni. Tak postępujemy ze wszystkimi ziemniaczkami. Układamy je na wyłożonej papierem blasze do pieczenia. Do farszu dosypujemy łyżeczkę papryki, sporą szczyptę pieprzu, sporą szczyptę soli (do smaku). Dodajemy pokrojony w kosteczkę ser żółty. Nakładamy farsz do łódeczek ziemniaczanych - według upodobań mniej, lub bardziej kopiasto. Szczodrze posypujemy każdą łódeczkę parmezanem. Wsadzamy do piekarnika nagrzanego do 150 stopni na ok. 20 minut, aż się zezłocą. Smacznego!
Ziemniaczki najlepiej smakują z sosem czosnkowym, który ja przyrządzam z kubka jogurtu naturalnego, dwóch posiekanych ząbków czosnku, pieprzu i soli. Mający w nosie linię mogą dodać też dwie łyżki majonezu.
PS. Ratunku, wciąż mam pół siaty ziemniaków.
wtorek, 18 października 2011
Szarlotka pełna jabłek
Ten przepis figuruje w moim zeszycie z przepisami jako "testowa szarlotka". Czemu wciąż testowa - nie wiem, bo robiłam ją już 8-10 razy ;) Wymyśliłam ją w zeszłym roku, sfrustrowana przepisami, gdzie jabłka były jakimś drobnym dodatkiem obłożonym ciastem. To mi zdecydowanie nie pasowało. Pierwsza wersja tej szarlotki miała 0,5cm ciasta i 8cm jabłek (sic!). Teraz piekę ją w odrobinę większej tortownicy (22cm) i efekt jest widoczny na zdjęciu. Jabłka wciąż zdecydowanie dominują - ciasto ma być pysznym dodatkiem dla pachnących, lekko kwaskowatych owoców. Pierwszy kawałek jem jeszcze gorący, obowiązkowo z lodami. Od jakiegoś czasu - obowiązkowo również te lody muszą być śmietankowo-krówkowe.
Teraz, kiedy na straganach i w sklepach pełno jest jabłek, za oknem ziąb i plucha, jest idealny czas na zrobienie tego ciasta. Pachnie jesienią. Jeżeli uda się wam je zdobyć (z czym nie powinno być problemu) - użyjcie szarych renet. Gdybyście jednak znaleźli inne, słodsze jabłka - dodajcie do nich jeszcze na etapie gotowania sok z połowy cytryny.
Joanno, czekam na obiecane 2kg jabłek, bo w zasadzie miał być dziś sernik czekoladowy ;)
Składniki na ciasto:
3 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżeczki cynamonu
pół szklanki cukru
200g zimnego masła
1 duże jajko
1 łyżka soku z cytryny
Zimna woda
2 łyżki bułki tartej
Składniki na nadzienie:
2,5kg jabłek
60g masła
1/3 szklanki cukru
2 łyżki cynamonu
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
Opcjonalnie, jeżeli jabłka są słodkie: sok z połowy cytryny
Koszt: 12-15zł
Czas wykonania: 2h
Wykonanie:
Zaczynamy od ciasta. Mieszamy ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, cynamon i cukier. Dodajemy posiekane w kosteczkę zimne masło i rozcieramy w dłoniach razem z suchymi składnikami aż powstanie taki mokry piasek. Dodajemy jajko, sok z cytryny i zagniatamy, aż powstanie zwarta kula. Gdyby ciasto nie chciało się kleić dodajemy zimnej wody po około łyżce, aż konsystencja będzie odpowiednia. Tortownicę o średnicy 22cm wykładamy papierem do pieczenia po czym wykładamy ciastem spód i boki, prawie do samej góry. Wsypujemy do środka dwie łyżki bułki tartej po czym postrząsamy i kręcimy tortownicą tak, żeby pokryła nam całą powierzchnię ciasta - to zapobiegnie wsiąkaniu jabłek. Wkładamy tortownicę do lodówki..
Powinna nam zostać gruda ciasta wielkości pięści. Wsadzamy ją do zamrażarki, przyda się później :)
Jabłka obieramy ze skórki, wycinamy dokładnie gniazda nasienne po czym kroimy w ósemki i ciachamy na plasterki. Ja lubię gdy jabłka wciąż są wyczuwalne i chrupiące w zębach, więc kroję plasterki ok. 1/4 cm. Możecie też jabłka zetrzeć na grubej tarce albo mandolinie, jak wolicie. W dużym garze z grubym dnem rozpuszczamy masło, dosypujemy cukru, cynamonu, gałki muszkatołowej i wsypujemy pokrojone jabłka. Na małym ogniu dusimy ok. 15-20 minut, wciąż mieszając, aż jabłka lekko zmiękną, i pokryją się całe masą cynamonowo-maślano-cukrową.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Wyjmujemy tortownicę z lodówki, wylewamy do niej wciąż gorące jabłka. Uklepujemy łyżeczką żeby było gładko i ładnie. Sięgamy po nasz zmrożony kawałek ciasta i trzemy go na grubych oczkach tarki, wprost na tortownicę wypełnioną jabłkami. Im więcej ciasta nam zostało tym grubsza będzie chrupiąca kołderka u góry. Pieczemy ok. 50 minut aż ciasto lekko wyrośnie, "wypchnie" wszystko z tortownicy i ślicznie się zezłoci.
Zaraz po upieczeniu ciasto jest dość miękkie i krojenie szarlotki jest ryzykowne, uprzedzam :) ale kto by się oparł...
poniedziałek, 10 października 2011
Muffiny z gruszką i kumkwatem
Brr, zimno! Kot rozczarował się trochę, bo kaloryfery w nowym mieszkaniu są trochę za wąskie, żeby się na nich grzać i wyemigrował pod stół, tymczasowo wykorzystując komputer jako grzejnik. Ja ratuję się gorącą herbatą z sokiem malinowym, od dziś opatulona w mój urodzinowy prezent. Poinformowana zostałam przez mężczyznę, że od dziś jestem oficjalnie Pandzicą i możemy razem przyczyniać się do ratowania ginącego gatunku. W odwecie ja, zła kobieta, zmusiłam go do spróbowania kalmara w cieście. Sukces co prawda przypisuję wyłącznie szantażowi, ale duma pozostaje - Panda spróbował czegoś, co ma macki! Ukulinarnienie go nie będzie łatwą batalią...
Za oknem zimna jesień, w sklepach na szczęście nie. Dostać można różne różniste cytrusy, ku mojej radości - pojawiły się też kumkwaty. Bardzo lubię te małe, oryginalne owoce - zjada się je razem ze skórką, a smakują jak skrzyżowanie cytryny, mandarynki i pomarańczy. Pocięta skórka w cieście smakuje jak kandyzowana skórka cytrynowa. Pychota! Pani w kasie powiedziała "O, to są te co o nich Cejrowski mówił ostatnio!". Mówił faktycznie?
Jeżeli uda się wam je utrafić w sklepie to zakupcie, zwłaszcza, że kumkwaty mają sporo pestek. Tak, to zaleta, bo pestki zasadzone wykiełkują nam w bardzo ładne roślinki, które później można kształtować i uzyskać kumkwatowe bonsai. Moje pestki już niebawem powędrują do ziemi :) Jeżeli się nie uda - możecie zastąpić je skórką otartą z jednej cytryny. W połączeniu z chrupiącą gruszką stanowią rewelacyjne połączenie.
2 średniej wielkości gruszki
5 kumkwatów
1 szklanka jogurtu naturalnego
0,5 szklanki oleju
2 jajka
0,5 szklanki cukru
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 szklanki mąki
Koszt: 7-8zł
Czas wykonania: 45 min
Wykonanie:
Gruszki obieramy, pozbawiamy gniazd nasiennych, kroimy w dość drobną kostkę. Kumkwaty przecinamy wzdłuż, wydłubujemy pestki. Jeżeli są soczyste - wyciskamy dodatkowo sok do miski w której będziemy mieszać składniki na muffiny, jeżeli nie, to tylko obieramy skórkę (powinna odchodzić bezproblemowo od białego albedo), kroimy ją w paseczki, siekamy w drobną kostkę. W misce mieszamy wszystkie mokre składniki, dosypujemy wszystkie suche składniki, mieszamy widelcem aż wsio się połączy. Dodajemy owoce, mieszamy dokładnie.
Nagrzewamy piekarnik do 190 stopni, masę nakładamy do papilotek (można dość sporo, aż tak wysokie nie rosną), pieczemy ok. 20 minut aż popękają i zezłocą się. Mnie wyszło 12 pełnowymiarowych muffin i 24 minimuffinki z silikonowej foremki.
Uwaga dodatkowa - na ciepło kiepsko odchodzą od papierków, po ostygnięciu jest sporo lepiej, ale mimo wszystko - jeżeli posiadacie silikonowe foremki do muffinek to polecam je tutaj użyć :)
piątek, 7 października 2011
Popcorn w karmelowej skorupce
Tak, pozwalam na siebie krzyczeć. Tak, obijam się ostatnio i nie mam weny. Postaram się poprawić, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo...karmię ostatnio mężczyznę, który kręci nosem na cebulę, kręci nosem na warzywa ogólnie, z przypraw zna curry i prowansalskie, na ser pleśniowy marudzi i fuka...łamie mi serce!
Ale przebąkiwał coś kiedyś o tym, że w Polsce karmelowy popcorn ciężko zrobić, a że uczucia okazywać umiem głównie gotując, to machnęłam dwie spore blachy. Zjadł, później marudził, że za dużo zjadł i mu niedobrze. Nie dogodzisz.
Popcorn jest pyszny, słodki, chrupiący. Nie jest to przepis najprostszy - karmel dość łatwo spalić, w piekarniku trzeba go pilnować, bo może się spalić po raz kolejny. Ale przy odrobinie wprawy - wszystko powinno się udać :) przydatny jest termometr cukierniczy, jeżeli go nie macie będziecie musieli wyczekiwać na tzw. firm ball stage - przygotujcie sobie miseczkę z wodą, i po kilku minutach gotowania użyjcie łyżki, żeby wlać odrobinę karmelu. Jeżeli w wodzie formuje kuleczkę którą można zagniatać jak plastelinę to jest dobrze :)
Użyłam popcornu robionego w maszynce na rozgrzane powietrze - zaoszczędziło to trochę kalorii, i pociągnęło za sobą brak soli. Solony karmel dobra rzecz - jeżeli lubicie, to możecie zrobić ten popcorn z solą, ja polecam na początek tę wersję.
Składniki:
5 szklanek popcornu
0,5 szklanki cukru (najlepiej trzcinowego)
3 łyżki masła
3 łyżki wody
szczypta soli
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka soku z cytryny
Koszt: 3-5zł
Czas wykonania: 45-50 min
Wykonanie:
Szykujemy na początek popcorn. Wsypujemy go do dużej miski.
W garnuszku, niezbyt dużym, rozpuszczamy masło. Dosypujemy cukier, sól, wodę, sok z cytryny. Mieszamy czasami i na niskim ogniu gotujemy, aż wszystko się rozpuści i połączy. Masa powinna dojść do temperatury 120 stopni, co powinno jej zająć ok 4-5 minut. Trzeba bardzo uważać, żeby karmel się nie spalił! Następnie dosypujemy proszek do pieczenia i mieszamy energicznie - masa powinna lekko się spienić i nabrać jaśniejszej barwy. Polewamy masą nasz popcorn i mieszamy dokładnie, żeby każde ziarenko się pokryło. U mnie karmel zazwyczaj w tym momencie krzepnie trochę za bardzo tworząc grudki - o ile nie scukrzy się zupełnie, to jest ok. Wysypujemy popcorn na blachę i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 120 stopni, pieczemy 35-45 minut aż karmel roztopi się i utworzy chrupiącą skorupkę.
...a przynajmniej tak było w oryginalnym przepisie. W moim przypadku po 40 minutach nie działo się nic, zwiększyłam więc temperaturę do 140-150 stopni. Pilnując bardzo, bo proces zachodzi szybciutko, wyczekałam i zaobserwowałam jak karmel się topi, zamieszałam drewnianą łopatką żeby dokładnie pokrył popcorn, poczekałam jeszcze kilka minut i wyciągnęłam blachę. Polecam ten sposób, lepiej nie zostawiać popcornu samego. 120 stopni przez ok. 20 minut, później stopniowo podkręcamy i obserwujemy. Nie ma prawa się nie udać :)
poniedziałek, 12 września 2011
Smażony makaron ryżowy z warzywami i karmazynem
Nowe miejsce. Nowe mieszkanie, nowa kuchnia, nowa kuchenka (!). Pierwszy raz w życiu mam kuchenkę gazową i miło się, póki co, zaskakuję. Mam też kuchnię w której jest stół, pawlacz (sic!) i duże okno. Jasna kuchnia! Niemożliwość. Na razie trochę za bardzo zachłysnęłam się chyba możliwościami, ale mam nadzieję, że niebawem uda mi się w pełni wykorzystać oświetlenie którym teraz dysponuję :)
Nieśmiało zaczynam się w tym nowym miejscu rozgaszczać, mam nadzieję, że i kulinarnie zacznę odżywać. Przez stresy związane z przeprowadzką jakoś nie miałam apetytu...jedyne co mi ostatnio wychodzi, to serniki. Ale stopniowo zaczyna się to zmieniać.
Dziś dość szybkie, pyszne danie. Możecie użyć każdej ryby którą lubicie, ale wyjątkowo polecam karmazyna - ma pyszne, zwarte, białe mięso.Makaron ryżowy robi się szybciutko, sam w sobie nie ma wiele smaku, za to rewelacyjnie wchłania aromat tego, co się do niego doda. Do kupienia w większości sklepów które mają półkę z orientalną żywnością.
Porcja na 2 osoby.
Składniki:
- Pół opakowania makaronu ryżowego
- Dwa średnie filety z karmazyna (lub innej ryby)
- Malutka kapusta pekińska
- Średniej wielkości marchewka
- Kilkanaście małych pieczarek
- Biała (lub żółta) papryka
- Przyprawy: sos sojowy, cytryna, przyprawa do kuchni azjatyckiej, czerwona papryka
- Tłuszcz do smażenia (u mnie: olej ryżowy)
Czas wykonania: 25 min
Koszt: ok. 15zł
Wykonanie:
Na początek siekamy pekinkę dość drobno, marchewkę obieramy i kroimy w zapałkę (wąziutko, krótkie paseczki), kroimy paprykę, pieczarki kroimy na połówki lub ćwiartki jeżeli są większe.
Makaron ryżowy zalewamy osolonym wrzątkiem i gotujemy ok. 6-8 minut. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą.
Rybę rozmrażamy, odsączamy na papierowym ręczniku, skrapiamy sokiem z cytryny i sosem sojowym. Kroimy na fragmenty, które wygodnie będzie smażyć i odwracać na patelni - ja zazwyczaj kroję filet na ok. 3 części. To tylko kwestia wygody, bo ryba i tak później jest rwana na mniejsze fragmenty. Rozgrzewamy odrobinę tłuszczu (u mnie olej ryżowy). Smażymy rybę przez kilka minut, odwracając ją dwukrotnie, aż mięso stanie się białe i kruche. Zdejmujemy z patelni, odkładamy do miseczki do ostygnięcia.
Na pozostałym tłuszczu podsmażamy najpierw kilka minut marchewkę, wciąż mieszając. Dodajemy paprykę i pieczarki. Smażymy kilka minut. Dodajemy kapustę pekińską. Dodajemy miks przypraw, odrobinę papryki, skrapiamy sosem sojowym i dolewamy ewentualnie odrobinę tłuszczu. Smażymy wszystko przez chwilę, po czym dodajemy makaron ryżowy. Mieszamy dokładnie, smażymy jeszcze chwilę, dodajemy rybę porwaną na mniejsze kawałki. Podajemy w miseczkach, jemy koniecznie pałeczkami ;)
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Chrupiący kurczak pieczony w krakersach
Przepadam za kurczakiem w chrupiącej panierce, ale smażenie na głębokim tłuszczu zawsze mnie odstraszało. Być może krakersy nie są najzdrowszą alternatywą, ale lubię to złudne uczucie, że to na pewno lepsze, bo nie smażone, tylko pieczone ;)
Przepis w każdym razie pyszny, fajny pomysł na szybki obiad, bo wrzucamy po prostu kurczaka do piekarnika, zapominamy o nim na 20 minut, klecimy szybciutko jakąś sałatkę i możemy jeść.
Użyłam krakersów lajkonika i kurczak leżakował sobie w lodówce całą noc, ale raczej przypadkowo - po prostu jednak nie upiekłam go wieczorem, tylko następnego dnia. Myślę, że 2-3h spokojnie wystarczą, tak samo jak piszą Kasia i Marcin, od których zaczerpnęłam przepis. Brakowało mi jednak przypraw i marynata wydała mi się strasznie ascetyczna, więc dołożyłam coś od siebie.
Składniki:
Dwie pojedyncze piersi z kurczaka
400ml maślanki
2 ząbki czosnku
Sól, pieprz, papryka czerwona
~150g krakersów
Koszt: 10zł
Czas wykonania: 20 min pieczenie, min. 2h marynata
Wykonanie:
Mięso z kurczaka myjemy, oczyszczamy z błon. Kroimy w paski lub mniejsze kawałki, w zależności od humoru. Do miski wlewamy maślankę, łyżeczkę papryki słodkiej, szczyptę pieprzu, pół łyżeczki soli, dwa posiekane ząbki czosnku. Wrzucamy kurczaka, mieszamy dokładnie. Wstawiamy do lodówki na minimum 2h, można też na całą noc. Po tym czasie kruszymy dokładnie krakersy (moje były ciut za mało pokruszone, chociaż miało to swój urok :)) i obtaczamy w nich kurczaka tak, żeby był nimi dokładnie pokryty. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez 20-25 minut (w zależności od wielkości kawałków kurczaka). Podajemy z sałatką, dipami, ziemniaczkami.
niedziela, 21 sierpnia 2011
Pierogi z bobem.
Uff, odgrzebałam ostatnią porcję z zamrażarki i zjadłam z dużą przyjemnością :) obecnie, w czasach supermarketów i mrożonek, bób jest dostępny cały rok - oczywiście świeży jest najlepszy, ale w zimie na pewno wrócę do tego przepisu.
Byłam mocno sceptycznie nastawiona do farszu, w którym bób nie wymaga obierania. No bo jak to, ze skórkami? Ale okazuje się, że te skórki pasują tam całkiem fajnie - jest co gryźć, no i dobrze wpływają na przemianę materii. Mmm, błonnik ;)
Składniki są na duuużą porcję. Żeby poczytać o tym jak dokładnie robić ciasto pierogowe i w jaki sposób je sklejać - zajrzyjcie tu: Jak zrobić pierogi?
Składniki:
1kg bobu
200g boczku wędzonego
2 spore cebule
Pieprz, sól
Dowolny ser jako dodatek: oscypek, pleśniowy, parmezan, corregio.
Koszt: 8-10zł
Czas wykonania: 1,5h
Wykonanie:
Bób gotujemy w osolonej wodzie, do miękkości. Boczek kroimy w kosteczkę, zesmażamy na patelni, dodajemy posiekaną w kostkę cebulę, smażymy aż się zeszkli. Ugotowany i przestudzony bób zgniatamy tłuczkiem do ziemniaków, chyba, że mamy blender, wtedy wrzucamy do blendera i miksujemy przez chwilę (nie na gładką pastę, tylko z grubsza :)). Doprawiamy do smaku solą i pieprzem, ja lubię dość sporo.
Ciasto sporządzamy z tego przepisu, tworzymy pierogi. Gotujemy 3 minuty od czasu wypłynięcia i podajemy.
Uwaga: bardzo polecam ugotowane pierogi przysmażyć na patelni, albo jeszcze lepiej - wsadzić na 5 minut do piekarnika, posypane ulubionym serem. Rewelacyjnie sprawdziły się z oscypkiem i serem pleśniowym, u mnie na zdjęciu akurat posypane są corregio.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Puszyste ciasto drożdżowe ze śliwkami
Ten przepis zaczerpnęłam od Doroty, która kiedyś polecała go jako ciasto drożdżowe z owocami, później zmieniła zdanie i poleca jednak jako samo drożdżowe z kruszonką, a ja pozwalam sobie się nie zgodzić, i przekornie - ponownie podaję jako przepis na ciasto z owocami :) moim zdaniem wcale na puszystości przez owoce nie traci, wręcz przeciwnie. Jest pyszne, mięciutkie, wyrasta bardzo wysokie i idealnie się komponuje z owocami i kruszonką.
Ja nie przepadam za samym ciastem drożdżowym bez dodatków, zniosę je ewentualnie w pierwszy dzień gdy jest jeszcze ciepłe, ale jeżeli wy lubicie - możecie śmiało pominąć dodatek owoców i po prostu posypać kruszonką.
Przepis jest na dużą blachę, 20x25cm, jeżeli chcecie zrobić mniejszą porcję w keksówce - zmniejszcie ilość składników o połowę.
Składniki:
600g mąki pszennej (ja, jak to ja, wgniotłam prawie 900g)
25g świeżych drożdży (lub 14g suchych)
250ml mleka
2 jajka
100g roztopionego masła
90g cukru
1/2 łyżeczki soli
Ok. 0,5kg owoców - u mnie śliwki
Na kruszonkę: 50g miękkiego masła, 10 łyżek mąki, 4 łyżki cukru, 8g cukru waniliowego.
Ja co prawda kruszonkę robię z zupełnie innego przepisu, ale często mi nie wychodzi, więc podam lepiej przepis na tę od Doroty :))
Czas wykonania: 2-3h
Koszt: 5-7zł
Wykonanie:
Sporządzamy rozczyn - podgrzewamy mleko aż będzie letnio-ciepłe (za gorące zabije drożdże), dodajemy łyżkę mąki, łyżkę cukru, rozcieramy z drożdżami. Czekamy aż drożdże zaczną się pienić i pracować, ok. 5-10 minut. W misce mieszamy mąkę, sól, cukier. Z rozczynem roztrzepujemy jajka, dodajemy całą masę do mąki, mieszamy wstępnie widelcem. Podgrzewamy i rozpuszczamy masło, wlewamy do ciasta, mieszamy. Ja już na tym etapie dodałam dobre trzy garście mąki, bo nie było szans, żeby mi sensowne ciasto wyszło. Zagniatamy elastyczną kulę aż nie będzie się jakoś bardzo kleić do palców, dosypując mąki w zależności od potrzeb - nie martwcie się, jeżeli tej mąki będzie trzeba dosypać dużo. Pamiętajcie tylko, żeby dodawać jej po trochu - trzeba wyczuć moment, kiedy ciasto przestaje się kleić. Do ciasta drożdżowego można wgnieść naprawdę DUŻO mąki, ale dodajemy tylko tyle, ile trzeba, żeby ciasto nie wyszło za twarde :) Kiedy uda nam się już uformować elastyczną kulę zostawiamy ją w misce na 40-70 minut, w zależności od tego jak ciepło jest. Ciasto ma podwoić objętość. Po tym czasie zagniatamy, wałkujemy na taki-w-miarę-prostokąt. Wkładamy do naszej wybranej foremki. Zostawiamy jeszcze na 30 minut do napuszenia, po czym wciskamy owoce dość ciasno (u mnie - śliwki, więc przekrojone na pół układamy skórką do dołu). Posypujemy kruszonką, którą uprzednio stworzyliśmy z roztartych w palcach podanych składników, dodając masła (jeżeli wyszła nam za sucha) lub mąki (jeżeli za lepka).
Pieczemy w 180 stopniach 30-45 minut, aż wyrośnie duuuuże i złote. Wsuwamy jeszcze ciepłe ze szklanką zimnego mleka :)
Całe szczęście, że nie boli mnie brzuch od ciepłego ciasta drożdżowego, cóż to by była strata dla ludzkości i mojego zadowolenia ;)
czwartek, 11 sierpnia 2011
Ziemniaki ze zsiadłym mlekiem i jajkiem sadzonym.
Prosty sposób na szybki, pyszny obiad. Ponieważ jakiś czas temu S. przywiózł mi od swojego znajomego prawdziwe, wiejskie mleko od prawdziwej, muczącej krowy dałam się namówić na jego zsiadnięcie. Zsiądnięcie? Zrobienie tak, żeby było zsiadłe. No i się zsiadło. Samo w sobie, do picia, nie smakuje mi jakoś szałowo. Użyłam go natomiast w połączeniu które wiedziałam, że na pewno mi zasmakuje - z jego użyciem zrobiłam puree ziemniaczane. Polecam ten sposób, mmm.
Składniki:
Ziemniaki (0,5kg)
Kubek zsiadłego mleka
Pęczek szczypioru
1-2 jajka
Pieprz, sól
Koszt: 4zł
Czas wykonania: 40 minut (bo ziemniaki się gotują ;)).
Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, wkładamy do zimnej, osolonej wody, gotujemy pod przykryciem do miękkości, na małym ogniu. Po tym czasie odcedzamy, tłuczemy dokładnie, dodajemy pieprzu, ewentualnie soli i tyle kwaśnego mleka, żeby odpowiadała nam konsystencja. To zależy od gatunku ziemniaków no i osobistych preferencji ;) Opcjonalnie można dodać jeszcze łyżkę masła. Dodajemy pęczek posiekanego szczypiorku i mieszamy. Jajko smażymy na natłuszczonej patelni, podajemy.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Muffinki cytrynowo-makowe.
Bardzo lubię cytrynowe wypieki, ale do połączenia maku i cytryny nigdy nie byłam przekonana. Niepotrzebnie! Okazuje się, że zaskakująco świetnie to wszystko do siebie pasuje. Użyłam zmodyfikowanego przepisu Doroty, ale znacząco zwiększyłam ilość maku i darowałam sobie posypywanie. Nie lubię też przepisów, gdzie trzeba użyć tylko fragmentu jajka (w oryginalnym przepisie było 1 jajko + 1 białko) - zazwyczaj resztę muszę wyrzucać. Więc pominęłam dodatkowe białko, dałam odrobinę więcej mleka.
Wiem, że wiele osób zagląda tu właśnie po przepisy na muffinki - utworzyłam więc dla nich nową kategorię, żeby wygodniej było wyszukiwać :)
Składniki:
170ml oleju
1 jajko
200 ml mleka
1 cytryna
225g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
190g cukru-pudru
4 czubate łyżki maku
Koszt: 5-6zł
Czas wykonania: 30 min
Wykonanie:
Mieszamy olej, roztrzepane jajko, mleko, wciskamy sok z cytryny i trzemy skórkę (tylko tę żółtą część, białe albedo jest gorzkie :)). W miseczce mieszamy mąkę, cukier-puder, proszek, sól i mak. Łączymy suche z mokrym, nakładamy masę do papilotek - prawie do samej góry, nie rosną aż tak duże. Pieczemy ok. 20 minut w 190 stopniach, aż ładnie się zezłocą. Dłużej wypieczone są mniej malownicze, ale dużo smaczniejsze :) lekko chrupiące, mięciutkie w środku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









