piątek, 29 czerwca 2012

Tarta z truskawkami



...czyli pierwszy ze sposobów na wykorzystanie żółtek po serniku z poprzedniej notki ;) Przepis na ciasto pochodzi z bloga Every Cake You Bake. Ja robiłam tartę na bardzo małej blaszce, ma chyba poniżej 18cm średnicy. Spokojnie możecie zużyć całe ciasto na większą blaszkę, np. 24cm. Ale jeżeli wam się nie uda...to w ciągu najbliższych dni pokażę wam, co zrobić z resztą. I w ogóle co zrobić w kruchym ciastem które zostanie wam po tartach czy ciastach ;)

Ale do rzeczy, do tarty! Trzeba łapać znikający sezon truskawek za szypułki, i dogodzić sobie tą kaloryczną bombą. Zwłaszcza, że po wyjęciu z lodówki jest przepysznie zimna i odświeżająca, a ponoć zapowiadają upały na następne dwa tygodnie ;)



Składniki:

3 żółtka
3/4 szklanki cukru-pudru + 1,5 łyżki
Ciut-ciut soli
2,5 szklanki mąki (pół krupczatki, pół pszennej)
200g masła
Kilkanaście truskawek
1 opakowanie serka mascarpone 250g
Kilka łyżek mleka

Koszt: 10zł
Czas wykonania: 40min

Wykonanie:

Zimne masło, prosto z lodówki, kroimy w kosteczkę. Ucieramy je w palcach z mąką, aż nasze przyszłe ciasto zacznie przypominać mokry piasek. Dodajemy, 3/4 szklanki cukru-pudru, sól i żółtka, zagniatamy elastyczną masę. Jeżeli masa nie chce się kleić, to dodajemy zimną wodę po łyżeczce. Połową masy wylepiamy małą formę do tarty, lub całością - dużą. Nakłuwamy ciasto widelcem, na całej powierzchni. Wkładamy do piekarnika nagrzanego na 200 stopni. Ja nie obciążam ciasta kulkami ani fasolą - zwyczajnie jak zacznie się wybrzuszać, to dziabam je widelcem, żeby grzecznie opadło ;)

Jak tylko dojrzymy, że ciasto zaczyna się złocić - wyjmujemy je z piekarnika i pozwalamy ostygnąć.

Kiedy ciasto się piecze, w małej miseczce ucieramy mascarpone z kilkoma łyżkami mleka, tak, żeby był kremowy, i 1,5 łyżki cukru-pudru. Truskawki płuczemy na sitku, wycinamy ogonki, układamy na schłodzonej tarcie. Zajadamy się! 

niedziela, 24 czerwca 2012

Sernik w czekoladowych nawiasach


Chodzi toto i jęczy o czekoladowy sernik, znów i znów. Dwa razy już robiłam, przy czym raz prawie cały poszedł do śmieci, bo Lepsza Połowa uznała, że w ramach bezpieczeństwa koniecznie należy wyłączyć prąd w mieszkaniu wyjeżdżając na trzy dni. Okazało się, że lodówka też działa na prąd, kto by się spodziewał.

Odmówiłam robienia po raz kolejny takiego samego czekoladowego sernika, wymyśliłam sobie za to sernik, który z zewnątrz będzie czekoladowy, a w środku kremowo-waniliowy. No i jest. Pyszny jak nigdy, całe szczęście, że czasem mam ochotę odejść od mojego ukochanego New York Cheesecake ;)

Sam sernik jest zmodyfikowaną wersją niebiańskiego sernika od Doroty. Zakochałam się w tym serniku! Jest ekspresowy w wykonaniu, nie ma żadnych wymyślnych składników, i jest bez żadnego dodatku tłuszczu. Minimum pracy, maksimum sernika ;) Do tego chrupiąca polewa czekoladowa, i można się zajadać.

 Składniki, jak powyżej widać:

900g twarogu sernikowego
2 całe jajka
3 białka
1 łyżka ekstraktu waniliowego
3/4 szklanki cukru
Paczka ciasteczek czekoladowych (u mnie "San", Połówka coś w sklepie mówiła o lokalnym patriotyzmie...)
2 mleczne czekolady (no dobra, tego nie widać)
1-3 łyżek śmietany 22%

Czas wykonania: 2h
Koszt: 13-14zł


Wykonanie:

Pół paczki ciasteczek gnieciemy na proszek. Mój ulubiony sposób, to wrzucenie ciasteczek do reklamówki, a następnie wałkowanie jej wałkiem (albo butelką ;)), od czasu do czasu przesypując. Można to też robić ręcznie czy w blenderze, ale reklamówki nie trzeba później myć, a sposób jest szybki i bardzo efektywny. Ciasteczka wysypujemy na tortownicę z papierem do pieczenia, rozmieszczamy równomiernie.

W misce miksujemy twaróg z cukrem i ekstraktem waniliowym. Dodajemy najpierw całe jajka, po jednym, miksując tylko tak długo, aż masa będzie połączona, nie dłużej. Następnie dodajemy (nieubite!) białka. Uwaga przy rozbijaniu jajek! Zachowajcie żółtka ostrożnie wrzucając je do małego kubeczka, tak, żeby ich nie podziurawić. Zaraz wyjaśnię czemu :) Miksujemy białka po jednym. Masy sernikowej nie miksujemy dłużej niż trzeba - zbyt napowietrzony sernik urośnie za bardzo, może uciec nam z tortownicy. Wylewamy masę na ciasteczka, wygładzamy ją łyżką.

Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 165 stopni. Pieczemy ok. godziny. Sernik nie zetnie się całkowicie - najlepiej sprawdzić jego gotowość uderzając nożem w bok tortownicy. Jeżeli nie widać wyraźnych, rozchodzących się "fal", to sernik jest gotowy i można go wyjąć. Pośrodku pewnie będzie jeszcze dość galaretowaty.

Po wystudzeniu szykujemy polewę - w mikrofalówce lub w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę. Następnie, w zależności od tego jak miękką polewę chcemy uzyskać, dodajemy śmietanę. Ja dodałam tylko jedną łyżkę, więc moja polewa jest dość twarda - stąd jej wygląd :) polecam dodanie jednak większej ilości śmietany, ze względu na to, że sernik trzymamy w lodówce, i po wyjęciu polewa jest dość twarda - ciężko ją przebić łyżeczką. Więc następnym razem dodam więcej śmietany.


A co z żółtkami? Powszechnie wiadomo, że białka świetnie się mrozi i przechowuje w zamrażarce. A co z żółtkami? Ich już zamrozić nie można, a pozostawione same sobie w lodówce bardzo szybko wysychają. Ale! Jeżeli ostrożnie rozbijemy jajka, i żółtka nam się nie rozleją, to po wbiciu ich do kubeczka można je zalać zimną wodą. Po wstawieniu do lodówki można je tak przechowywać do kilku dni.


Wkrótce pokażę wam, co z tymi trzema posernikowymi żółtkami można zrobić :)

środa, 20 czerwca 2012

Owsianka z jagodami


Jagody, jagody! Na bazarkach można już kupić małe kubeczki z jagodami, ale co lepsze, przy drogach stoją już pracowici zbieracze ze świeżo zerwanymi, fioletowymi kuleczkami w litrowych słoikach. Strasznie za nimi tęskniłam! Są jeszcze dość drogie, ale nie mogłam się powstrzymać. Całkiem objadłam się już owsianki z truskawkami, która była moim hitem przez ostatnie dwa tygodnie, czas na zmianę.

Sama owsianka jest śniadaniem zdrowym, sycącym i pysznym. Wielość składników jakie można do niej wmieszać sprawia, że nigdy się nie znudzi. Z kolei dla mnie znaczącą zaletą jest to, że mogę do niej wrzucić różne słodkości i nie mieć wyrzutów sumienia, bo przecież to śniadanie - spalę! ;)

Chociaż owsianki jem od dawna to nigdy nie uważałam ich wartych wrzucenia na bloga. Ale skoro pojawiły się sezonowe owoce, to może jednak posłuży to przynajmniej komuś jako inspiracja, tak jak mnie służą w ten sposób przepisy na innych blogach :) Przy okazji, dla owsiankożerców - polecam niedawno założonego bloga znajomej, Elinowy Podziomnik, na którym znajdziecie sporo śniadaniowych inspiracji. 

Składniki:

4 łyżki płatków owsianych (używam błyskawicznych, lubię ich ciapratość)
Mleka tyle, żeby zakryło płatki
3/4 łyżki cukru
3/4 łyżki siemienia lnianego (fajnie chrupie, a przy okazji dobrze robi na żołądek, ułatwiając trawienie!)
Dużo, dużo jagód, do smaku :)

Koszt: 4-6zł
Czas wykonania: 10 min

Wykonanie:


Do garnuszka wrzucamy płatki owsiane i siemię, zalewamy mlekiem. Włączamy na mały ogień, czekamy aż mleko się zagrzeje a płatki spuchną. Dosypujemy cukru, mieszamy, aż owsianka osiągnie ulubioną konsystencję. Jeżeli jest za gęsta możemy dolać mleka, jeżeli za rzadka - płatków, i jeszcze trochę pogotować. Na końcu dosypujemy jagody, i chwilkę czekamy, aż się ogrzeją. Wylewamy owsiankę na talerzyki. Nie zapomnijcie zalać garnka od razu wodą - zaschnięta owsianka ciężko się usuwa, o czym notorycznie zapominam ;)

Jeżeli lubicie, to możecie rozgnieć część jagód - wtedy sama owsianka zrobi się bardziej jagodowa. Ale ja lubię, jak jagody pękają mi w zębach, mmm~

I pojawiła się kolejna etykieta - z przepisami śniadaniowymi.

czwartek, 24 maja 2012

Zupa mleczna z ciasta drożdżowego





Każdy ma jakieś smaki dzieciństwa, prawda? To jest mój :) gdy jeszcze chodziłam do przedszkola, a w zasadzie zaprowadzała mnie do niego babcia, to było chyba moje ulubione śniadanie. Pamiętam, że babcia piekła wspaniałe, drożdżowe ciasta, z różnistymi owocami. A jak takie ciasto się trochę zeschło i już nie było takie dobre jak na początku, to zyskiwało drugie, pyszne życie w zupie mlecznej na śniadanie. Gdy  nie było ciasta maczałam sobie podeschnięte bułeczki, słodkie albo zwykłe. Ostatnio na turniej łuczniczy przygotowałam drożdżowe ciasto z moim pierwszym w tym roku rabarbarem. Pandożerca wolał ślimaczki cynamonowe, więc prawie cała blacha była dla mnie - jadłam ją sobie przez parę dni, aż w końcu ciasto podeschło, a mnie przypomniało się dziecięce śniadanie. 15 lat później wciąż jest tak samo pyszne ;)

Sposób przygotowania:

Podeschnięte ciasto drożdżowe pokroić/porwać na niewielkie kawałki, takie "na raz". Zalać chłodnym lub podgrzanym mlekiem, odstawić na parę chwil do namoczenia, pałaszować.


czwartek, 3 maja 2012

Wiosenne penne ze szczypiorkiem i camembertem



Wiosnolato, hurra, hurra! Wyrwałam się na tydzień do Egiptu na zasłużony odpoczynek, a jak wróciłam, to zaskoczyła mnie wspaniała pogoda - w sumie taka sama, jak za granicą :) aż chce się rano wstawać z łóżka.

W takie temperatury nie ma się ochoty zbyt długo stać przy garach, więc powstało szybkie danie, które nawet mnie zaskoczyło tym, jakie było pyszne. Dietetyczne to ono może nie jest, ale pogoda i tak nastraja do spacerów i wycieczek rowerowych, więc spalicie ;)

Składniki (na 1 osobę):

80-100g makaronu penne
Pół dużego pęczka świeżego szczypioru
Dwa-trzy plastry sera typu camembert, pokrojonego w mniejsze kawałki
1 łyżka śmietany (lub jogurtu naturalnego)
Sól

Czas wykonania: 15 min
Koszt: 4-5zł

Wykonanie:

Makaron gotujemy w osolonej wodzie, al dente. Po ugotowaniu wrzucamy na sito, odcedzamy szybko, wyrzucamy do miski. Dodajemy łyżkę śmietany, mieszamy dokładnie. Dodajemy posiekany drobno szczypiorek, mieszamy. Układamy na wierzchu camembert szybko, tak, żeby stopił się od gorącego makaronu, i czekamy chwilę, po czym zajadamy się!


Hodujecie coś na swoich parapetach? U mnie bazylia, oregano, papryczki i szczypiorek opanowały kuchnię, ciesząc oko i podniebienie :)



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Muffinki pina colada



Lubicie pina coladę? Ja bardzo, mmm! Połączenie kokosa i ananasa jest rewelacyjne, więc postanowiłam je odtworzyć w muffinkach :) były pyszne i ekspresowo zniknęły, usłyszałam nawet ze dwa komentarze "ja to w sumie nie lubię kokosa, ale to jest pycha!". Mimo, że tak niepozornie wyglądają...

Żeby było zabawniej - zapomniałam dodać do nich cukru. Wtopa! Ale okazało się, że ananas dodaje tak dużo słodyczy, że cukier staje się zbędny :) jeżeli lubicie mniej słodkie wypieki, to tak właśnie zróbcie. Być może da się uzyskać jeszcze bardziej dietetyczną wersję zastępując olej sokiem ananasa z puszki, hm. Do wypróbowania kiedyś. Ja podejrzewałam, że nie każdemu podpasują słodzone tylko naturalnie, więc zrobiłam dodatkowo lukier którym oblałam muffinki, i efekt był rewelacyjny. Wybierzcie taką wersję, którą chcecie.

Składniki:

1,5-2 szklanki mąki
Duży kubek kefiru (400g)
1 szklanka wiórków kokosowych
1/3 szklanki oleju
1 jajko
1 puszka ananasa w plastrach
1/3 szklanki cukru - opcjonalnie
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Kilka kropel aromatu waniliowego lub saszetka cukru waniliowego lub ekstrakt waniliowy

Ewentualnie lukier: 1 szklanka cukru-pudru i 1-3 łyżki mleka

Czas wykonania: 45min
Koszt: 6-7zł

Wykonanie:

Mąkę mieszamy z cukrem (jeżeli go dodajemy), proszkiem do pieczenia i wiórkami kokosowymi.  W kubeczku mieszamy kefir, jajko, olej, wanilię. Mieszamy wszystkie składniki razem, widelcem, mogą zostać grudki. Ciasto powinno być dość gęste, ale wciąż lekko płynne - nabrane na łyżkę powinno się rozpływać na boki. Dodajemy pokrojonego w kosteczkę ananasa, mieszamy. Nakładamy do papilotek dość dużo ciasta (3/4 papilotki), nie rosną bardzo duże, ze względu na dużą ilość ananasa - są mocno wilgotne w środku. Pieczemy ok. 15 minut w 180 stopniach. Lekko przestudzone możemy oblać lukrem - w kubeczku ucieramy cukier-puder z mlekiem, zaczynając od 1 łyżki, i pomalutku dodając drugą i trzecią. Ewentualnie zostając na 2, jeżeli chcemy gęstszy lukier. Zanim lukier zastygnie możemy posypać muffinki wiórkami kokosowymi. Smacznego!


PS. Dla ciasteczkożerców pojawiła się nowa etykieta :)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Ciasteczka z M'n'Msami



...i dwa ciasteczkowe potwory ;)

Ciasteczka bardzo lubiane przez P. Robione na bazie przepisu na Chewy Chocolate Chip Cookies, z małą modyfikacją. Przepyszne, chrupiące i ekspresowo znikające - zawsze jestem proszona o robienie tych ciastek na wszelkie imprezy, w wersji z czekoladą, orzechami czy MnMsami właśnie. Bardzo zachęcam do ich zrobienia, są naprawdę pyszne.

Składniki:

320g mąki
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 (bardzo płaska) łyżeczka soli
225g masła, miękkiego, ale nie zbyt miękkiego ;)
250g cukru trzcinowego (albo zwykłego)
1 łyżka kakao
2 duże jajka
200g MnMsów (tych bez orzechów)
Kilka kropel aromatu waniliowego lub łyżeczka ekstraktu z wanilii lub wyskrobane z połowy laski wanilii ziarenka.

Koszt: 10-15zł
Czas wykonania: szybki, ok. 30 minut

Wykonanie:

Bardzo miękkie masło miksujemy aż będzie puchate. Dodajemy jajka, miksujemy. Dodajemy cukier, sodę, sól i kakao, ewentualny aromat waniliowy i miksujemy. Stopniowo, powolutku dodajemy mąkę - miksujemy ją dość długo, ok. 3-4 minut, ciasto będzie bardzo miękkie. Dodajemy MnMsy i miksujemy jeszcze chwilkę, uważając, żeby ich nie połamać - ciasto jest na tyle miękkie, że można je też wmieszać łyżką.

Wykładamy blachę papierem do pieczenia, piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Nabieramy ok. pół czubatej łyżki ciasta i umieszczamy na papierze, w dużych odstępach od siebie (ok. 9 ciastek na blachę). Spłaszczamy lekko kupki wilgotną dłonią. Jeżeli zależy nam na efekcie dekoracyjnym, to możemy dodatkowo wetknąć u góry kilka mnmsów :) Pieczemy ok. 10-15 minut. Ciastka lekko urosną, a po wyjęciu z piekarnika opadną, i tak powinno być. Po wyjęciu są miękkie i gąbczaste, trzeba chwilę odczekać zanim się je zdejmie. Powinny być chrupiące na brzegach, a w środku miękkie i żujące - sami wyczujecie odpowiedni moment. Smacznego!

piątek, 23 marca 2012

Trójkąciki z pieczarkami



Te paszteciki robi się u mnie w domu rodzinnym, nie wiedzieć czemu, na Wigilię ;) I to chyba moja ulubiona, przekąskowa potrawa. U siebie robię je wtedy, gdy szykuje się jakaś impreza, a ja chcę ugościć znajomych czymś konkretniejszym niż tylko słodkościami - nie samymi chipsami żyje człowiek.

Są bardzo szybkie do przygotowania, chyba nie da się ich zepsuć, więc poradzi sobie z nimi każdy, a ze stołu zniknęły w trakcie pierwszej godziny :) wszystkim bardzo smakowały, zebrały bardzo pozytywne recenzje ;)

Podałam je z sosem czosnkowym w którym można je było maczać, ale chyba wszyscy chrupali je solo. Mniam.

Składniki:

2 paczki ciasta francuskiego (używam kupnego, robionego z masłem, nie margaryną)
750g pieczarek
1 jajko
Sól, pieprz
Łyżka masła

Czas wykonania: 40min
Koszt: ok. 10zł

Wykonanie:

Ciasto francuskie wyciągamy z lodówki, aby trochę zmiękło. Pieczarki obieramy lub myjemy, oddzielamy kapelusze od nóżek. Nóżki przekrawamy na pół i kroimy w półplasterki. Kapelusze kroimy na dość drobną kosteczkę. Rozgrzewamy łyżkę masła i na dużą patelnię wrzucamy nasze pieczarki. Mieszamy je aż się lekko obsmażą, po czym zmniejszamy ogień i przykrywany. Dusimy aż zmiękną. Odparowujemy wodę, dodajemy hojnie pieprzu i soli do smaku. Mieszamy przez chwilę, aż przejdą przyprawami. Wbijamy do pieczarek jedno jajko i mieszamy, żeby pieczarki równo się nim pokryły, smażymy jeszcze chwilkę. Odstawiamy do przestudzenia.

Ciasto francuskie kroimy w kwadraty żądanej wielkości. Nakładamy około łyżeczki farszu i zlepiamy trójkąciki. Układamy je na papierze do pieczenia i pieczemy w 200 stopniach około 15 minut, aż się zezłocą i zlistkują. Podajemy na ciepło lub na zimno.

poniedziałek, 12 marca 2012

Miniszarlotki kokosowe.



Nie bardzo mam ostatnio okazję gotować (jak widać), więc każda okazja do tego mnie cieszy. Nadarzyły się urodziny mojej rodzicielki, która zażyczyła sobie przygotowania kolacji urodzinowej a następnie rodzinnych pogaduszek. Wiedziałam, że nie będę miała dużo czasu na przygotowanie całego obiadu, więc pakując się na wyjazd zgarnęłam moje kokilki żeby szybko móc przygotować coś pysznego. Ponieważ moja mama jest fanką kokosa i bardzo lubi szarlotkę, to połączyłam te dwa smaki i przygotowałam miniaturowe szarlotki, po jednej na głowę :) nie udało się ich co prawda zjeść tego samego dnia, bo zapchaliśmy się makaronowymi muszlami ze szpinakiem i serem pleśniowym, za to następnego dnia, odgrzane, były przepysznym śniadaniem.

...a ponieważ poprzedniego wieczoru raczyliśmy się pewną ilością pysznych trunków, to mieliśmy też okazję przetestować ich działanie antykacowe. Działają ;)

Wybaczcie mi zdjęcie - robione telefonem (;

Składniki (na 3 foremki):

6-7 średniej wielkości jabłek
Pół szklanki wiórków kokosowych
1,5 szklanki mąki
2 łyżki bułki tartej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 szklanki cukru + 2 łyżki do jabłek
1+1 łyżeczka cynamonu
1 żółtko
2-3 łyżki zimnej wody
100g + dwie łyżki masła do jabłek
Szczypta soli

Koszt: 7-8zł
Czas wykonania: 45min

Wykonanie:

Jabłka obieramy ze skórki, kroimy na ćwiartki, usuwamy gniazda nasienne. Kroimy je w kostkę albo plasterki, jak kto woli. W garnku z grubym dnem rozgrzewamy masło, a gdy zacznie skwierczeć - wrzucamy jabłka i mieszamy. Dodajemy cukier i cynamon. Smażymy jabłka około 5-7 minut, aż lekko zmiękną. Dodajemy wiórki kokosowe i smażymy jeszcze 2-3 minuty. Odstawiamy do lekkiego przestudzenia.

Do miski wsypujemy mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cynamon. Mieszamy. Zimne masło kroimy w drobną kostkę i dodajemy do mąki. Rozcieramy całość w palcach, tak, żeby powstał mokrawy piasek. Dodajemy żółtko i 1 łyżkę zimnej wody, zagniatamy ciasto. Powinno być dość twarde, ale nie kruszące się. Nie powinno się kleić do palców. W razie potrzeby dodajemy stopniowo wodę, do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Ciasto dzielimy na 4 części. 3 części wałkujemy na cieniutkie placki, którymi wykładamy foremki - spód i brzegi, do samej góry. Wysypujemy je cienko bułką tartą, tak, żeby poprzyklejała się do ciasta (w trakcie pieczenia wchłonie wilgoć z jabłek i zabezpieczy ciasto przed rozmoknięciem). Ostatnią część wałkujemy i kroimy w cieniutkie paseczki.

Do foremek nakładamy jabłka, lekko je ugniatając. Na wierzchu układamy krateczkę z pasków, przyklejając krawędzie pasków do ciasta które wyścieła kokilki. Pieczemy w 170 stopniach ok. 20 minut, aż lekko wyrosną i zezłocą się. Po czym pałaszujemy, koniecznie jeszcze na gorąco :)

piątek, 17 lutego 2012

Blok czekoladowy



Nie mogłam być gołosłowna, prawda? Na walentynki partner zawsze może liczyć na jakąś słodkość. A tak się składa, że wysilać się specjalnie nie musiałam, bo  mogę się szarpać i piec drożdżowe bułeczki, wymyślne ciasta i fikuśne ciasteczka, a tej mendzie najbardziej smakuje masło z kakao...no ale trudno, przynajmniej mam z górki ;)

Blok czekoladowy robiłam z dwóch przepisów, ale pierwszy wyszedł stanowczo za rzadki i było go trochę za dużo. Więc sięgnęłam do Doroty, zmniejszyłam ilość składników, trochę pozmieniałam i wyszedł taki, jak chciałam.

Do bloku można dodać ulubione dodatki - siekane orzechy, skórkę pomarańczową, inne kandyzowane owoce, co tylko dusza zapragnie. U mnie wersja klasyczna i prosta - z herbatnikami.

Składniki:

0,5 szklanki cukru
120g masła
1/4 szklanki wody
3 czubate łyżki kakao
200 gram mleka w proszku (użyłam łaciatego)
100g herbatników

Czas wykonania: 2-3h (stygnięcie)
Koszt: 5-6zł

Wykonanie:

W garnuszku rozpuszczamy masło, wodę, cukier i kakao, mieszamy aż powstanie płynna, gładka masa. Odstawiamy do lekkiego przestudzenia. Do miski wsypujemy mleko w proszku, zalewamy kakaową masą, mieszamy i ugniatamy aż do uzyskania konsystencji miękkiej plasteliny. Wkruszamy herbatniki i wgniatamy je w masę. Następnie przekładamy ją do dowolnej formy - ja użyłam pudełka po lodach algidy :) odstawiamy do lodówki do schłodzenia. Gdy będzie już zimny kroimy w dowolne kształty (u mnie - kosteczki, ale często kroi się np. plasterki) i zajadamy. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...