piątek, 5 października 2012

Ciasto śliwkowe pod puchato-kruchą pierzynką




Zgodnie z obietnicą - dzielę się przepisem na ciasto śliwkowe, jedno z najlepszych, jakie jadłam. Jestem fanką ciast drożdżowych ze śliwkami, ale to podbiło moje serce - i żołądek mojej połówki. Przepis znalazłam o tutaj, polecam zajrzeć dla bardzo ładnego gifa pokazującego składanie ciasta krok po kroku.

Sezon na śliwki w pełni, sądząc po bazarach, więc do dzieła!

Składniki:


4 jaja
250g margaryny
3 szklanki maki
1/2 szklanki cukru
1 łyżka śmietany
szczypta soli
1/2 szklanki cukru-pudru

śliwki (u mnie ok. 500g-650g)

Czas wykonania: 2-3h (schładzanie)
Koszt: ok. 10zł

Wykonanie:


Mikserem margarynę ucieramy z cukrem, żółtkami, śmietaną i szczyptą soli. Dodajemy mąkę, po szklance, i miksujemy. Możliwe, że ciasto zrobi się w pewnym momencie na tyle miękkie, że będzie trzeba je gnieść ręką. Będzie się też lekko kleić, ale spokojnie. Dzielimy je na pół, a następnie jedną z tych połówek znów na pół. Dwie ćwiartki owijamy folią i wsadzamy do zamrażarki. Pozostałą połówką wyklejamy tortownicę 28cm (spód i brzegi, wysoko)(ja użyłam mniejszej tortownicy i też było ok), dziurawimy ciasto widelcem na spodzie, wsadzamy do lodówki na 30 minut. Po tym czasie ciacho wyjmujemy, i wykładamy do środka umyte i wypestkowane śliwki. Na te śliwki ścieramy na tarce nasze porządnie już zmrożone w zamrażarce 1/4 ciasta. Ubijamy pianę z białek ze szczyptą soli, pod koniec stopniowo dodając cukier puder, aż zrobi nam się słodka, gęsta maź. Wylewamy ją na śliwki i ciasto. Wygładzamy szpatułką, po czym ścieramy ostatnią 1/4 ciasta. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, i pieczemy aż góra pięknie się zezłoci - od 60-80 minut, w zależności od piekarnika. Ciasto najbardziej smakowało mi jeszcze na ciepło, a później odgrzewane w mikrofalówce ;) 



A teraz, ponieważ obiecałam...chwalę się nową domowniczką - Marą. Obecnie ma pół roku, jest już wysterylizowana, i jest wulkanem energii. Mamusia była persem, ale też nieczystej krwi, który się, no, puścił...z jakimś rudzielcem ;) więc mam w 1/4 persa i w 3/4 grudkę cukru, bo jest tak słodka, że aż mdli. Wciąż mruczy, a za jedzenie zrobi wszytko.


To mimo wszystko blog kuchenny, więc publikuję tylko kilka zdjęć - za parę dni wrzucę na mojego bloga post poświęcony głównie zdjęciom Mary, więc w razie czego - chętnych zapraszam.





sobota, 29 września 2012

Owsiane ciastka z gruszką i orzechami






...a do tego kupa nieszczęścia, więc o ciastkach za moment. Niecierpliwi i "brzydliwi" - proszę szybciochem przewinąć do kolejnego zdjęcia ciastek, bo nadchodzące nie będą apetyczne ;) Zachciało mi się jeździć konno, i nie, żeby to pierwszy raz był - jeżdżę, z przerwami, od dziecka. Nie jakoś super-wyczynowo, ale w sumie wiem, gdzie koń ma przód a gdzie tył, i generalnie sobie radzę z całym tym ustrojstwem ;) spaść też mi się zdarzyło, tylko zawsze jakoś...mniej boleśnie. A tym razem, cóż, wbiłam się z całym impetem w ziemię - łokciem. Efekt? Poniższy.


Ta kość, która jest prostopadła, powinna być równoległa, tak. W wyniku wielu dziwnych przygód z naszą ukochaną, polską służbą zdrowia, już tydzień później wyglądało to tak.


A kolejny tydzień później przyjęło wygląd mniej-więcej obowiązujący do teraz:


To czarne ustrojstwo z metalem i gąbkami, które mam na sobie, to orteza. Unieruchamia mnie mniej skutecznie niż gips, ale wciąż dość dokładnie - dodając do tego uszkodzenie nerwu łokciowego które sprawiło, że moja lewa dłoń jest bardziej bezużyteczna niż mniej, otrzymujemy jednoręczną kuchareczkę, która w kuchni radzi sobie...tak sobie.

Ale czy się poddaje? Nigdy!

Przyznaję, gotowanie tylko jedną ręką jest bardzo uciążliwe. Odkręcanie słoików nagle wymaga siły ud, rozdarcie saszetki z przyprawami - zębów, a wszystko trzeba miksować w stojącym robocie, bo nie ma jak przytrzymać miski. Przy czym zmontowanie tego robota też do najprostszych nie należy.

Szacowna Połówka natomiast, pozostawiona w kuchni sama sobie, karmiłaby mnie przez trzy miesiące noszenia ortezy zupkami chińskimi, zamawianą pizzą, kanapkami i ewentualnie makaronem z sosem ze słoika. Więc chociaż musiałam obniżyć loty kulinarne - nie dam się. Niestety, można się spodziewać mniejszej ilości przepisów, nie tylko dlatego, że gotowanie jest trudne - robienie zdjęć też do najłatwiejszych nie należy...ale będę próbować ;) Macie jakieś pomysły, co można zrobić w kuchni jedną ręką?

Ja zrobiłam sobie pyszne ciastka z orzechami i gruszką, adaptując przepis znaleziony tu. Jabłka zmieniłam na gruszki, orzechy włoskie na orzechy fistaszkowe, które miałam kupione już posiekane. Ciastka są przepyszne - kruche z zewnątrz, miękkie w środku, pachnące cynamonem i bardzo sycące. Są też dość słodkie - jeżeli chcecie, możecie nieco zredukować ilość cukru. Wychodzi ich też bardzo dużo, więc będziecie co mieli zamknąć w puszce i podjadać :)

Składniki:

1 duża, twardsza gruszka
1 szklanka posiekanych fistaszków (niesolonych)
110g miękkiego masła
1 duże jajko
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1 szklanka mąki
1 szklanka cukru (jeżeli macie, to trzcinowego)
1 i 1/4 szklanki płatków owsianych
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki soli
3 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka gałki muszkatołowej


Czas wykonania: 1-1,5h
Koszt: 5-6zł

Wykonanie:

Gruszkę tarkujemy na dużych oczkach tarki, może być ze skórką (dla mnie - najtrudniejszy moment w przepisie ;)). W mikserze ucieramy miękkie masło,  cukier, jajko, sól. Dodajemy mąkę, cynamon, gałkę, proszek do pieczenia, sodę, ekstrakt, miksujemy. Dodajemy płatki owsiane, po pół szklanki, miksujemy. Na tym etapie ciasto zrobi się prawdopodobnie bardzo gęste, ale spokojnie. Dodajemy gruszkę, razem z ewentualnym sokiem, miksujemy aż ciasto przejdzie wilgocią z gruszki - zrobi się luźniejsze. Dodajemy ostatni element, czyli orzechy, i miksujemy.

Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni. Nakładamy na blachę kopiatą łyżeczkę ciasta - polecam w postaci 3x3 - 3 kupki w 3 rzędach :) ciastka mocno rozlewają się na boki i rosną, robiąc się pysznie puchate. Pieczemy ok. 10 minut, aż ciastka się rozleją, wyrosną i zezłocą. Po wyjęciu z piekarnika mogą być jeszcze lekko miękkie, dajcie im chwilkę ostygnąć zanim zdejmiecie je z blachy. I możecie się zajadać :)



Z radośniejszych wieści - dołączyła do nas nowa domowniczka, Mara. Nie ma takiego parcia na szkło jak Agrafka, jest trochę nieśmiała...ale więcej o niej przy okazji kolejnego, widocznego na zdjęciu wypieku ;)



piątek, 17 sierpnia 2012

Drobiowy kebab w bułce



Oczywiście taki trochę podrabiany, bo mięso smażone jest na patelni, ale zapewniam, że smakuje pysznie. No i jest sporo zdrowszy, oczywiście.

Ale najpierw jestem winna jakieś wyjaśnienie, czemu mnie ostatnio ciągle nie ma, prawda? ;) Sporo się nadziało, ale samych dobrych rzeczy :) po pierwsze - jeździłam po konwentach, co zeżarło mi sporo wakacyjnego czasu. Warunki tam są takie, a nie inne, więc nie za bardzo miałam okazję gotować i popisywać się - żadnych zdjęć jedzeniowych ze sobą nie przywiozłam. Po drugie, świeższe - dostałam pracę! I to pracę wymarzoną, taką, jaką miałam nadzieję podjąć po studiach, a tu okazało się, że po pierwsze - sama do mnie przyszła, a po drugie - będę miała okazję pracować w zawodzie już w trakcie studiów. Praca jest na cały etat, więc czasu na gotowanie mam zdecydowanie mniej - dopiero uczę się i kombinuję, jakież to posiłki mogę sobie naszykować, żeby było pysznie, zdrowo, i w dodatku w wersji "mogę to zabrać na obiad do pracy żeby nie zamawiać ciągle chińczyka" ;) pewnie więc czasu na bloga będę miała zdecydowanie mniej, a przynajmniej zanim nie nauczę się godzić go z pracą. No ale postaram się, żeby nie było. Koniec wymówek!

Drobiowy kebab w bułce jest zdrową alternatywą dla tych kupowanych na mieście, z tą różnicą, że macie pewność co w nim jest ;) moja połówka bardzo lubi takie domowe wersje fast foodów, wygrywają właśnie takie kebaby w bułce i tortille.

Składniki:

2 filety z uda z kurczaka (są tłustsze, ale mięso jest smaczniejsze niż to z piersi)
2 duże bułki typu podpłomyk, albo inne płaskie
1 mała cebula
1/4 kapusty pekińskiej
1 mały ogórek
1/2 papryki czerwonej
2 plasterki sera (opcjonalnie)
Przyprawa typu gyros (lubię gotowe mieszanki z Kotanyi bez konserwantów i gluta, są naprawdę pyszne)
Sól

Na sos:

1 kubeczek jogurtu naturalnego
2 ząbki czosnku
Pieprz, sól

Czas wykonania: 20min
Koszt: 9-12zł

Wykonanie:

Czosnek wyciskamy przez praskę lub siekamy bardzo drobno nożem. Mieszamy z kubeczkiem jogurtu, dodajemy szczyptę soli i pieprzu do smaku. Odstawiamy. Warto przygotować jogurt np. godzinkę wcześniej, żeby nabrał aromatu.

Mięso kroimy w nieduże kawałki, zasypujemy obficie przyprawą do gyrosa wymieszaną z łyżeczką oleju, mieszamy, odstawiamy. Kroimy kapustę pekińską na wąskie paseczki, cebulę na cieniutkie plasterki (lub w kosteczkę), ogórek w plasterki, paprykę w paseczki lub kostkę. Odstawiamy, i niech czekają na swoją kolej.

Z płaskiej bułki odkrawamy 2-3cm paseczek. Powstałe przecięcie rozdłubujemy ostrożnie nożem, żeby powstała nam kieszonka (mnie się trochę rozdarła na boku, ale co tam ;)). Tak szykujemy obie bułki.

Patelnię mocno rozgrzewamy, wrzucamy na nią kawałki kurczaka. Smażymy na mocnym ogniu, tak, żeby porządnie skwierczało, co chwilę przerzucając kurczaka, żeby równo się usmażył. Cały proces powinien trwać 2-3 minuty i kurczak będzie gotowy - ten szybki sposób smażenia w wysokiej temperaturze sprawia, że kurczak jest bardzo soczysty w środku, mniam.

Bułki smarujemy od środka sosem. Na sam dół nakładamy nieco kapusty pekińskiej i innych warzyw, polewamy sosem. Nakładamy 1/4 mięsa, polewamy sosem, i powtarzamy warstwy - znów warzywa, na samą górę mięso, polewamy sosem. Można w środku bułki ułożyć plasterek sera. Analogicznie z drugą bułką :) I można zajadać - smacznego!

piątek, 13 lipca 2012

Makaron z szynką, szparagami i serami



Moja ulubiona seria pt. "coś pysznego z niczego". Typowy makaron z wykorzystaniem tego, co akurat jest w lodówce - wyszedł rewelacyjny!

W makaronie znajdują się dwa rodzaje sera - oscypek (a w zasadzie ser stylizowany na oscypek :)) i ostry ser owczy, o wyraźnym smaku. Polecam wymieszanie dwóch serów - wędzonego i takiego, który będzie wyrazisty, mogą to być wędzona mozzarella czy wędzona gouda, i np. ser pleśniowy jeżeli lubicie, czy też właśnie ser owczy lub kozi. 


Składniki (1 porcja):

2 plastry szynki
2-3 zielone szparagi
Drobno pokrojony ser wędzony
Mniej drobno pokrojony ser o ostrym smaku
Makaron wstążki
Sos czosnkowy złożony z jogurtu naturalnego, ząbka czosnku, pieprzu, odrobiny soli i odrobiny papryki.
Kawalątek masła


Koszt: 5zł
Czas wykonania: 15min


Wykonanie:

Mieszamy wszystkie składniki naszego sosu, drobno siekając lub miażdżąc czosnek.

Szynkę kroimy w długie plastry, szparagi obieramy (jeżeli jest to konieczne), kroimy w 2-3cm kawałki. Ser kroimy. Do gotującej się i osolonej wody wrzucamy makaron - ja użyłam makaronu Udon, dostępnego w alejkach z azjatycką żywnością. Bardzo go lubię i polecam, jest lżejszy niż nasze papardelle.

Na patelni rozpuszczamy odrobinkę masła (pół łyżeczki), roztapiamy. Na tym układamy paseczki szynki i podsmażamy, aż się lekko zrumieni. Dorzucamy szparagi, odrobinkę posypujemy je solą. Podsmażamy chwilę, aż ich boki zaczną brązowieć. Dodajemy sery, mieszamy chwilę energicznie aż ser zacznie być gorący, zestawiamy z palnika.

Makaron przecedzamy na sitku, nie płuczemy zimną wodą, wrzucamy do miseczki. Dodajemy ok. dwóch łyżek sosu, mieszamy. Wrzucamy nasze dodatki i mieszamy ponownie. Smacznego!


poniedziałek, 9 lipca 2012

Cynamonowe różyczki z kruchego ciasta


I tak właśnie skończyła reszta mojego ciasta na tartę :) Przepis pochodzi z Every Cake You Bake, i w oryginalnej wersji jest po prostu maślany, ale dla mnie maślane różyczki wydawały się nieco zbyt nudne, więc podkręciłam je cynamonem. Wyszła mi jedna, pełna blacha pysznych, rozpływających się w ustach różyczek. Możecie spokojnie robić z całej porcji, znikną ekspresowo ;)

Składniki (na dwie blachy):

200 g zimnego masła
2,5 szklanki mąki (pół na pół mąka pszenna i krupczatka)
3/4 szklanki cukru pudru
3 żółtka
4 łyżeczki cynamonu
szczypta soli

Koszt: 8-9zł
Czas wykonania: 2-3h (chłodzenie ciasta)

Wykonanie:

Zimne masło, prosto z lodówki, kroimy w kosteczkę. Ucieramy je w palcach z mąką, aż nasze przyszłe ciasto zacznie przypominać mokry piasek. Dodajemy, 3/4 szklanki cukru-pudru, sól i żółtka, zagniatamy elastyczną masę. Jeżeli masa nie chce się kleić, to dodajemy zimną wodę po łyżeczce.

Z ciasta formujemy kulkę, którą owijamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki na minimum godzinę. Im zimniejsze ciasto, tym ładniejszy kształt będą trzymać nasze różyczki - moje ugniatałam i składałam ciepłymi rękami, więc się trochę rozpłynęły, ale wcale im to nie odebrało uroku :)

Schłodzone ciasto wyjmujemy po kawałku i wałkujemy na 2-3mm. Szklanką wycinamy cztery kółeczka, które układamy tak, żeby na siebie zachodziły - jak na zdjęciu poniżej. Następnie rolujemy je w wałeczek, który to wałeczek przecinamy w połowie - wychodzą nam dwie, piękne różyczki, którym delikatnie możemy jeszcze rozchylić płatki. Byłam mile zaskoczona jak szybko to wszystko się robi! Po zerknięciu na zdjęcie wydawało mi się, że wszystkie różyczki trzeba sklejać ręcznie z płatków, i już miałam zamykać zakładkę, aż doczytałam jakie to szybkie :)

Różyczki z trzech kółeczek też wychodzą, tylko mniejsze.  W zależności od tego jak duże chcecie swoje kruche ciastka, wybierzcie odpowiedniej wielkości szklankę - cierpliwi mogą nawet wykrawać je kieliszkiem żeby uzyskać różyczki-miniaturki :)

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 10-12 minut aż zaczną się złocić.


piątek, 29 czerwca 2012

Tarta z truskawkami



...czyli pierwszy ze sposobów na wykorzystanie żółtek po serniku z poprzedniej notki ;) Przepis na ciasto pochodzi z bloga Every Cake You Bake. Ja robiłam tartę na bardzo małej blaszce, ma chyba poniżej 18cm średnicy. Spokojnie możecie zużyć całe ciasto na większą blaszkę, np. 24cm. Ale jeżeli wam się nie uda...to w ciągu najbliższych dni pokażę wam, co zrobić z resztą. I w ogóle co zrobić w kruchym ciastem które zostanie wam po tartach czy ciastach ;)

Ale do rzeczy, do tarty! Trzeba łapać znikający sezon truskawek za szypułki, i dogodzić sobie tą kaloryczną bombą. Zwłaszcza, że po wyjęciu z lodówki jest przepysznie zimna i odświeżająca, a ponoć zapowiadają upały na następne dwa tygodnie ;)



Składniki:

3 żółtka
3/4 szklanki cukru-pudru + 1,5 łyżki
Ciut-ciut soli
2,5 szklanki mąki (pół krupczatki, pół pszennej)
200g masła
Kilkanaście truskawek
1 opakowanie serka mascarpone 250g
Kilka łyżek mleka

Koszt: 10zł
Czas wykonania: 40min

Wykonanie:

Zimne masło, prosto z lodówki, kroimy w kosteczkę. Ucieramy je w palcach z mąką, aż nasze przyszłe ciasto zacznie przypominać mokry piasek. Dodajemy, 3/4 szklanki cukru-pudru, sól i żółtka, zagniatamy elastyczną masę. Jeżeli masa nie chce się kleić, to dodajemy zimną wodę po łyżeczce. Połową masy wylepiamy małą formę do tarty, lub całością - dużą. Nakłuwamy ciasto widelcem, na całej powierzchni. Wkładamy do piekarnika nagrzanego na 200 stopni. Ja nie obciążam ciasta kulkami ani fasolą - zwyczajnie jak zacznie się wybrzuszać, to dziabam je widelcem, żeby grzecznie opadło ;)

Jak tylko dojrzymy, że ciasto zaczyna się złocić - wyjmujemy je z piekarnika i pozwalamy ostygnąć.

Kiedy ciasto się piecze, w małej miseczce ucieramy mascarpone z kilkoma łyżkami mleka, tak, żeby był kremowy, i 1,5 łyżki cukru-pudru. Truskawki płuczemy na sitku, wycinamy ogonki, układamy na schłodzonej tarcie. Zajadamy się! 

niedziela, 24 czerwca 2012

Sernik w czekoladowych nawiasach


Chodzi toto i jęczy o czekoladowy sernik, znów i znów. Dwa razy już robiłam, przy czym raz prawie cały poszedł do śmieci, bo Lepsza Połowa uznała, że w ramach bezpieczeństwa koniecznie należy wyłączyć prąd w mieszkaniu wyjeżdżając na trzy dni. Okazało się, że lodówka też działa na prąd, kto by się spodziewał.

Odmówiłam robienia po raz kolejny takiego samego czekoladowego sernika, wymyśliłam sobie za to sernik, który z zewnątrz będzie czekoladowy, a w środku kremowo-waniliowy. No i jest. Pyszny jak nigdy, całe szczęście, że czasem mam ochotę odejść od mojego ukochanego New York Cheesecake ;)

Sam sernik jest zmodyfikowaną wersją niebiańskiego sernika od Doroty. Zakochałam się w tym serniku! Jest ekspresowy w wykonaniu, nie ma żadnych wymyślnych składników, i jest bez żadnego dodatku tłuszczu. Minimum pracy, maksimum sernika ;) Do tego chrupiąca polewa czekoladowa, i można się zajadać.

 Składniki, jak powyżej widać:

900g twarogu sernikowego
2 całe jajka
3 białka
1 łyżka ekstraktu waniliowego
3/4 szklanki cukru
Paczka ciasteczek czekoladowych (u mnie "San", Połówka coś w sklepie mówiła o lokalnym patriotyzmie...)
2 mleczne czekolady (no dobra, tego nie widać)
1-3 łyżek śmietany 22%

Czas wykonania: 2h
Koszt: 13-14zł


Wykonanie:

Pół paczki ciasteczek gnieciemy na proszek. Mój ulubiony sposób, to wrzucenie ciasteczek do reklamówki, a następnie wałkowanie jej wałkiem (albo butelką ;)), od czasu do czasu przesypując. Można to też robić ręcznie czy w blenderze, ale reklamówki nie trzeba później myć, a sposób jest szybki i bardzo efektywny. Ciasteczka wysypujemy na tortownicę z papierem do pieczenia, rozmieszczamy równomiernie.

W misce miksujemy twaróg z cukrem i ekstraktem waniliowym. Dodajemy najpierw całe jajka, po jednym, miksując tylko tak długo, aż masa będzie połączona, nie dłużej. Następnie dodajemy (nieubite!) białka. Uwaga przy rozbijaniu jajek! Zachowajcie żółtka ostrożnie wrzucając je do małego kubeczka, tak, żeby ich nie podziurawić. Zaraz wyjaśnię czemu :) Miksujemy białka po jednym. Masy sernikowej nie miksujemy dłużej niż trzeba - zbyt napowietrzony sernik urośnie za bardzo, może uciec nam z tortownicy. Wylewamy masę na ciasteczka, wygładzamy ją łyżką.

Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 165 stopni. Pieczemy ok. godziny. Sernik nie zetnie się całkowicie - najlepiej sprawdzić jego gotowość uderzając nożem w bok tortownicy. Jeżeli nie widać wyraźnych, rozchodzących się "fal", to sernik jest gotowy i można go wyjąć. Pośrodku pewnie będzie jeszcze dość galaretowaty.

Po wystudzeniu szykujemy polewę - w mikrofalówce lub w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę. Następnie, w zależności od tego jak miękką polewę chcemy uzyskać, dodajemy śmietanę. Ja dodałam tylko jedną łyżkę, więc moja polewa jest dość twarda - stąd jej wygląd :) polecam dodanie jednak większej ilości śmietany, ze względu na to, że sernik trzymamy w lodówce, i po wyjęciu polewa jest dość twarda - ciężko ją przebić łyżeczką. Więc następnym razem dodam więcej śmietany.


A co z żółtkami? Powszechnie wiadomo, że białka świetnie się mrozi i przechowuje w zamrażarce. A co z żółtkami? Ich już zamrozić nie można, a pozostawione same sobie w lodówce bardzo szybko wysychają. Ale! Jeżeli ostrożnie rozbijemy jajka, i żółtka nam się nie rozleją, to po wbiciu ich do kubeczka można je zalać zimną wodą. Po wstawieniu do lodówki można je tak przechowywać do kilku dni.


Wkrótce pokażę wam, co z tymi trzema posernikowymi żółtkami można zrobić :)

środa, 20 czerwca 2012

Owsianka z jagodami


Jagody, jagody! Na bazarkach można już kupić małe kubeczki z jagodami, ale co lepsze, przy drogach stoją już pracowici zbieracze ze świeżo zerwanymi, fioletowymi kuleczkami w litrowych słoikach. Strasznie za nimi tęskniłam! Są jeszcze dość drogie, ale nie mogłam się powstrzymać. Całkiem objadłam się już owsianki z truskawkami, która była moim hitem przez ostatnie dwa tygodnie, czas na zmianę.

Sama owsianka jest śniadaniem zdrowym, sycącym i pysznym. Wielość składników jakie można do niej wmieszać sprawia, że nigdy się nie znudzi. Z kolei dla mnie znaczącą zaletą jest to, że mogę do niej wrzucić różne słodkości i nie mieć wyrzutów sumienia, bo przecież to śniadanie - spalę! ;)

Chociaż owsianki jem od dawna to nigdy nie uważałam ich wartych wrzucenia na bloga. Ale skoro pojawiły się sezonowe owoce, to może jednak posłuży to przynajmniej komuś jako inspiracja, tak jak mnie służą w ten sposób przepisy na innych blogach :) Przy okazji, dla owsiankożerców - polecam niedawno założonego bloga znajomej, Elinowy Podziomnik, na którym znajdziecie sporo śniadaniowych inspiracji. 

Składniki:

4 łyżki płatków owsianych (używam błyskawicznych, lubię ich ciapratość)
Mleka tyle, żeby zakryło płatki
3/4 łyżki cukru
3/4 łyżki siemienia lnianego (fajnie chrupie, a przy okazji dobrze robi na żołądek, ułatwiając trawienie!)
Dużo, dużo jagód, do smaku :)

Koszt: 4-6zł
Czas wykonania: 10 min

Wykonanie:


Do garnuszka wrzucamy płatki owsiane i siemię, zalewamy mlekiem. Włączamy na mały ogień, czekamy aż mleko się zagrzeje a płatki spuchną. Dosypujemy cukru, mieszamy, aż owsianka osiągnie ulubioną konsystencję. Jeżeli jest za gęsta możemy dolać mleka, jeżeli za rzadka - płatków, i jeszcze trochę pogotować. Na końcu dosypujemy jagody, i chwilkę czekamy, aż się ogrzeją. Wylewamy owsiankę na talerzyki. Nie zapomnijcie zalać garnka od razu wodą - zaschnięta owsianka ciężko się usuwa, o czym notorycznie zapominam ;)

Jeżeli lubicie, to możecie rozgnieć część jagód - wtedy sama owsianka zrobi się bardziej jagodowa. Ale ja lubię, jak jagody pękają mi w zębach, mmm~

I pojawiła się kolejna etykieta - z przepisami śniadaniowymi.

czwartek, 24 maja 2012

Zupa mleczna z ciasta drożdżowego





Każdy ma jakieś smaki dzieciństwa, prawda? To jest mój :) gdy jeszcze chodziłam do przedszkola, a w zasadzie zaprowadzała mnie do niego babcia, to było chyba moje ulubione śniadanie. Pamiętam, że babcia piekła wspaniałe, drożdżowe ciasta, z różnistymi owocami. A jak takie ciasto się trochę zeschło i już nie było takie dobre jak na początku, to zyskiwało drugie, pyszne życie w zupie mlecznej na śniadanie. Gdy  nie było ciasta maczałam sobie podeschnięte bułeczki, słodkie albo zwykłe. Ostatnio na turniej łuczniczy przygotowałam drożdżowe ciasto z moim pierwszym w tym roku rabarbarem. Pandożerca wolał ślimaczki cynamonowe, więc prawie cała blacha była dla mnie - jadłam ją sobie przez parę dni, aż w końcu ciasto podeschło, a mnie przypomniało się dziecięce śniadanie. 15 lat później wciąż jest tak samo pyszne ;)

Sposób przygotowania:

Podeschnięte ciasto drożdżowe pokroić/porwać na niewielkie kawałki, takie "na raz". Zalać chłodnym lub podgrzanym mlekiem, odstawić na parę chwil do namoczenia, pałaszować.


czwartek, 3 maja 2012

Wiosenne penne ze szczypiorkiem i camembertem



Wiosnolato, hurra, hurra! Wyrwałam się na tydzień do Egiptu na zasłużony odpoczynek, a jak wróciłam, to zaskoczyła mnie wspaniała pogoda - w sumie taka sama, jak za granicą :) aż chce się rano wstawać z łóżka.

W takie temperatury nie ma się ochoty zbyt długo stać przy garach, więc powstało szybkie danie, które nawet mnie zaskoczyło tym, jakie było pyszne. Dietetyczne to ono może nie jest, ale pogoda i tak nastraja do spacerów i wycieczek rowerowych, więc spalicie ;)

Składniki (na 1 osobę):

80-100g makaronu penne
Pół dużego pęczka świeżego szczypioru
Dwa-trzy plastry sera typu camembert, pokrojonego w mniejsze kawałki
1 łyżka śmietany (lub jogurtu naturalnego)
Sól

Czas wykonania: 15 min
Koszt: 4-5zł

Wykonanie:

Makaron gotujemy w osolonej wodzie, al dente. Po ugotowaniu wrzucamy na sito, odcedzamy szybko, wyrzucamy do miski. Dodajemy łyżkę śmietany, mieszamy dokładnie. Dodajemy posiekany drobno szczypiorek, mieszamy. Układamy na wierzchu camembert szybko, tak, żeby stopił się od gorącego makaronu, i czekamy chwilę, po czym zajadamy się!


Hodujecie coś na swoich parapetach? U mnie bazylia, oregano, papryczki i szczypiorek opanowały kuchnię, ciesząc oko i podniebienie :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...