poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Chrupiący kurczak pieczony w krakersach
Przepadam za kurczakiem w chrupiącej panierce, ale smażenie na głębokim tłuszczu zawsze mnie odstraszało. Być może krakersy nie są najzdrowszą alternatywą, ale lubię to złudne uczucie, że to na pewno lepsze, bo nie smażone, tylko pieczone ;)
Przepis w każdym razie pyszny, fajny pomysł na szybki obiad, bo wrzucamy po prostu kurczaka do piekarnika, zapominamy o nim na 20 minut, klecimy szybciutko jakąś sałatkę i możemy jeść.
Użyłam krakersów lajkonika i kurczak leżakował sobie w lodówce całą noc, ale raczej przypadkowo - po prostu jednak nie upiekłam go wieczorem, tylko następnego dnia. Myślę, że 2-3h spokojnie wystarczą, tak samo jak piszą Kasia i Marcin, od których zaczerpnęłam przepis. Brakowało mi jednak przypraw i marynata wydała mi się strasznie ascetyczna, więc dołożyłam coś od siebie.
Składniki:
Dwie pojedyncze piersi z kurczaka
400ml maślanki
2 ząbki czosnku
Sól, pieprz, papryka czerwona
~150g krakersów
Koszt: 10zł
Czas wykonania: 20 min pieczenie, min. 2h marynata
Wykonanie:
Mięso z kurczaka myjemy, oczyszczamy z błon. Kroimy w paski lub mniejsze kawałki, w zależności od humoru. Do miski wlewamy maślankę, łyżeczkę papryki słodkiej, szczyptę pieprzu, pół łyżeczki soli, dwa posiekane ząbki czosnku. Wrzucamy kurczaka, mieszamy dokładnie. Wstawiamy do lodówki na minimum 2h, można też na całą noc. Po tym czasie kruszymy dokładnie krakersy (moje były ciut za mało pokruszone, chociaż miało to swój urok :)) i obtaczamy w nich kurczaka tak, żeby był nimi dokładnie pokryty. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez 20-25 minut (w zależności od wielkości kawałków kurczaka). Podajemy z sałatką, dipami, ziemniaczkami.
niedziela, 21 sierpnia 2011
Pierogi z bobem.
Uff, odgrzebałam ostatnią porcję z zamrażarki i zjadłam z dużą przyjemnością :) obecnie, w czasach supermarketów i mrożonek, bób jest dostępny cały rok - oczywiście świeży jest najlepszy, ale w zimie na pewno wrócę do tego przepisu.
Byłam mocno sceptycznie nastawiona do farszu, w którym bób nie wymaga obierania. No bo jak to, ze skórkami? Ale okazuje się, że te skórki pasują tam całkiem fajnie - jest co gryźć, no i dobrze wpływają na przemianę materii. Mmm, błonnik ;)
Składniki są na duuużą porcję. Żeby poczytać o tym jak dokładnie robić ciasto pierogowe i w jaki sposób je sklejać - zajrzyjcie tu: Jak zrobić pierogi?
Składniki:
1kg bobu
200g boczku wędzonego
2 spore cebule
Pieprz, sól
Dowolny ser jako dodatek: oscypek, pleśniowy, parmezan, corregio.
Koszt: 8-10zł
Czas wykonania: 1,5h
Wykonanie:
Bób gotujemy w osolonej wodzie, do miękkości. Boczek kroimy w kosteczkę, zesmażamy na patelni, dodajemy posiekaną w kostkę cebulę, smażymy aż się zeszkli. Ugotowany i przestudzony bób zgniatamy tłuczkiem do ziemniaków, chyba, że mamy blender, wtedy wrzucamy do blendera i miksujemy przez chwilę (nie na gładką pastę, tylko z grubsza :)). Doprawiamy do smaku solą i pieprzem, ja lubię dość sporo.
Ciasto sporządzamy z tego przepisu, tworzymy pierogi. Gotujemy 3 minuty od czasu wypłynięcia i podajemy.
Uwaga: bardzo polecam ugotowane pierogi przysmażyć na patelni, albo jeszcze lepiej - wsadzić na 5 minut do piekarnika, posypane ulubionym serem. Rewelacyjnie sprawdziły się z oscypkiem i serem pleśniowym, u mnie na zdjęciu akurat posypane są corregio.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Puszyste ciasto drożdżowe ze śliwkami
Ten przepis zaczerpnęłam od Doroty, która kiedyś polecała go jako ciasto drożdżowe z owocami, później zmieniła zdanie i poleca jednak jako samo drożdżowe z kruszonką, a ja pozwalam sobie się nie zgodzić, i przekornie - ponownie podaję jako przepis na ciasto z owocami :) moim zdaniem wcale na puszystości przez owoce nie traci, wręcz przeciwnie. Jest pyszne, mięciutkie, wyrasta bardzo wysokie i idealnie się komponuje z owocami i kruszonką.
Ja nie przepadam za samym ciastem drożdżowym bez dodatków, zniosę je ewentualnie w pierwszy dzień gdy jest jeszcze ciepłe, ale jeżeli wy lubicie - możecie śmiało pominąć dodatek owoców i po prostu posypać kruszonką.
Przepis jest na dużą blachę, 20x25cm, jeżeli chcecie zrobić mniejszą porcję w keksówce - zmniejszcie ilość składników o połowę.
Składniki:
600g mąki pszennej (ja, jak to ja, wgniotłam prawie 900g)
25g świeżych drożdży (lub 14g suchych)
250ml mleka
2 jajka
100g roztopionego masła
90g cukru
1/2 łyżeczki soli
Ok. 0,5kg owoców - u mnie śliwki
Na kruszonkę: 50g miękkiego masła, 10 łyżek mąki, 4 łyżki cukru, 8g cukru waniliowego.
Ja co prawda kruszonkę robię z zupełnie innego przepisu, ale często mi nie wychodzi, więc podam lepiej przepis na tę od Doroty :))
Czas wykonania: 2-3h
Koszt: 5-7zł
Wykonanie:
Sporządzamy rozczyn - podgrzewamy mleko aż będzie letnio-ciepłe (za gorące zabije drożdże), dodajemy łyżkę mąki, łyżkę cukru, rozcieramy z drożdżami. Czekamy aż drożdże zaczną się pienić i pracować, ok. 5-10 minut. W misce mieszamy mąkę, sól, cukier. Z rozczynem roztrzepujemy jajka, dodajemy całą masę do mąki, mieszamy wstępnie widelcem. Podgrzewamy i rozpuszczamy masło, wlewamy do ciasta, mieszamy. Ja już na tym etapie dodałam dobre trzy garście mąki, bo nie było szans, żeby mi sensowne ciasto wyszło. Zagniatamy elastyczną kulę aż nie będzie się jakoś bardzo kleić do palców, dosypując mąki w zależności od potrzeb - nie martwcie się, jeżeli tej mąki będzie trzeba dosypać dużo. Pamiętajcie tylko, żeby dodawać jej po trochu - trzeba wyczuć moment, kiedy ciasto przestaje się kleić. Do ciasta drożdżowego można wgnieść naprawdę DUŻO mąki, ale dodajemy tylko tyle, ile trzeba, żeby ciasto nie wyszło za twarde :) Kiedy uda nam się już uformować elastyczną kulę zostawiamy ją w misce na 40-70 minut, w zależności od tego jak ciepło jest. Ciasto ma podwoić objętość. Po tym czasie zagniatamy, wałkujemy na taki-w-miarę-prostokąt. Wkładamy do naszej wybranej foremki. Zostawiamy jeszcze na 30 minut do napuszenia, po czym wciskamy owoce dość ciasno (u mnie - śliwki, więc przekrojone na pół układamy skórką do dołu). Posypujemy kruszonką, którą uprzednio stworzyliśmy z roztartych w palcach podanych składników, dodając masła (jeżeli wyszła nam za sucha) lub mąki (jeżeli za lepka).
Pieczemy w 180 stopniach 30-45 minut, aż wyrośnie duuuuże i złote. Wsuwamy jeszcze ciepłe ze szklanką zimnego mleka :)
Całe szczęście, że nie boli mnie brzuch od ciepłego ciasta drożdżowego, cóż to by była strata dla ludzkości i mojego zadowolenia ;)
czwartek, 11 sierpnia 2011
Ziemniaki ze zsiadłym mlekiem i jajkiem sadzonym.
Prosty sposób na szybki, pyszny obiad. Ponieważ jakiś czas temu S. przywiózł mi od swojego znajomego prawdziwe, wiejskie mleko od prawdziwej, muczącej krowy dałam się namówić na jego zsiadnięcie. Zsiądnięcie? Zrobienie tak, żeby było zsiadłe. No i się zsiadło. Samo w sobie, do picia, nie smakuje mi jakoś szałowo. Użyłam go natomiast w połączeniu które wiedziałam, że na pewno mi zasmakuje - z jego użyciem zrobiłam puree ziemniaczane. Polecam ten sposób, mmm.
Składniki:
Ziemniaki (0,5kg)
Kubek zsiadłego mleka
Pęczek szczypioru
1-2 jajka
Pieprz, sól
Koszt: 4zł
Czas wykonania: 40 minut (bo ziemniaki się gotują ;)).
Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, wkładamy do zimnej, osolonej wody, gotujemy pod przykryciem do miękkości, na małym ogniu. Po tym czasie odcedzamy, tłuczemy dokładnie, dodajemy pieprzu, ewentualnie soli i tyle kwaśnego mleka, żeby odpowiadała nam konsystencja. To zależy od gatunku ziemniaków no i osobistych preferencji ;) Opcjonalnie można dodać jeszcze łyżkę masła. Dodajemy pęczek posiekanego szczypiorku i mieszamy. Jajko smażymy na natłuszczonej patelni, podajemy.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Muffinki cytrynowo-makowe.
Bardzo lubię cytrynowe wypieki, ale do połączenia maku i cytryny nigdy nie byłam przekonana. Niepotrzebnie! Okazuje się, że zaskakująco świetnie to wszystko do siebie pasuje. Użyłam zmodyfikowanego przepisu Doroty, ale znacząco zwiększyłam ilość maku i darowałam sobie posypywanie. Nie lubię też przepisów, gdzie trzeba użyć tylko fragmentu jajka (w oryginalnym przepisie było 1 jajko + 1 białko) - zazwyczaj resztę muszę wyrzucać. Więc pominęłam dodatkowe białko, dałam odrobinę więcej mleka.
Wiem, że wiele osób zagląda tu właśnie po przepisy na muffinki - utworzyłam więc dla nich nową kategorię, żeby wygodniej było wyszukiwać :)
Składniki:
170ml oleju
1 jajko
200 ml mleka
1 cytryna
225g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
190g cukru-pudru
4 czubate łyżki maku
Koszt: 5-6zł
Czas wykonania: 30 min
Wykonanie:
Mieszamy olej, roztrzepane jajko, mleko, wciskamy sok z cytryny i trzemy skórkę (tylko tę żółtą część, białe albedo jest gorzkie :)). W miseczce mieszamy mąkę, cukier-puder, proszek, sól i mak. Łączymy suche z mokrym, nakładamy masę do papilotek - prawie do samej góry, nie rosną aż tak duże. Pieczemy ok. 20 minut w 190 stopniach, aż ładnie się zezłocą. Dłużej wypieczone są mniej malownicze, ale dużo smaczniejsze :) lekko chrupiące, mięciutkie w środku.
środa, 27 lipca 2011
Koreczki z fetą, arbuzem i bazylią.
Zaskakująco pyszne połączenie. Mignęło mi kiedyś na jednej z miniaturek na mikserze i postanowiłam spróbować (przepraszam, że nie odwołuję się do autorki - spróbuję odnaleźć tego bloga :)). Byłam nastawiona sceptycznie, ale o rany, jak to do siebie pasuje! Jeżeli urządzacie imprezę na której będzie się jadło paluchami - polecam. Dziewczyny wyglądały na całkiem zadowolone :)
Składniki:
Kawałek arbuza
100g sera feta (lub typu feta, u mnie ukochana favita)
Świeże listki bazylii
Koszt: 3-4zł
Czas wykonania: 15 minut
Wykonanie:
Prostsze chyba nie może być. Arbuza kroimy w plastry grubości 1cm, po czym kroimy kosteczki 1x1cm. Fetę kroimy w kosteczki (możemy też leniwie kupić już kostkowaną fetę :)). Urywamy listki bazylii, te większe rwiemy na połówki. Wykałaczkę wbijamy kolejno w kostkę sera, następnie arbuza, układamy na talerzyku. Na gotowe koreczki nabijamy po listku bazylii.
A niekuchennie - kochana Maggie nominowała mnie do blogowej nagrody One Lovely Blog Award. Pięknie dziękuję! ;)
Zgodnie z zasadami:
Umieszczamy u siebie linka do bloga osoby, która nas nominowała.
Wklejamy powyższą grafikę.
Piszemy 7 rzeczy o sobie oraz...
...nominujemy kolejnych 16 osób.
Niestety ostatniego kroku nie poczynię, bo nie za bardzo mam czas na wyszukiwanie moich ukochanych blogów i selekcjonowanie ich. Za dużo! Jeżeli ktoś pragnie u siebie zablogować siedem rzeczy o sobie - może czuć się nominowany :)
No to jedziemy z tym koksem.
1. Niebawem muszę się przeprowadzić i aż mnie w środku skręca. Nie znoszę przeprowadzek. Jakby ktoś miał do wynajęcia 3-pokojowe mieszkanie w Krakowie, w okolicach Placu Inwalidów albo Bronowic, to zastukajcie ;))
2. Jestem bardzo przywiązana do mojego samochodu, jednocześnie szczerze go nienawidząc.
3. Wciąż opłakuję mój ulubiony, stłuczony kubek.
4. Od jakiegoś czasu napływają do mnie zlecenia na rysunki, i chociaż czasami ciężko mi się zmusić do pracy, to sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Fajnie robić coś, co się kocha.
5. W związku z powyższym, wyznanie - marzy mi się ilustrowanie bajek.
6. Jestem bardzo pamiętliwa. Jeżeli poważnie się na kimś zawiodę, to chociaż relacje będą poprawne, prawdopodobnie już nigdy nie odzyska mojego zaufania.
7. Bardzo, BARDZO lubię karmić mureny ;)
wtorek, 19 lipca 2011
Czekoladowe ciasto cukiniowe
Rocznice. Urodziny. Święta. Drugie święta. Imieniny. W podziękowaniu i bez okazji. Robiłam to ciasto już tyle razy i nigdy nie udało mi się jeszcze zrobić zdjęć! Zawsze znika ekspresowo, czasami wywołując kłótnie o to, kto dostał większy kawałek i z jakiej racji. To już w zasadzie nudne - za każdym razem jak pytam jakie ciasto mam upiec, to słyszę "to czekoladowe, no wiesz które" ;)
To jedno z najbardziej czekoladowych ciast jakie można zrobić. Po jednym kawałku człowiek czuje się jak po całej tabliczce czekolady. Tak, tak, wiem - cukinia, co toto robi w cieście? Co robi? Głównie jest genialna. Ciasto jest wilgotne, delikatne, rozpływa się w ustach. Niezbyt słodkie, nie mdlące, przepyszne. Nie znam ani jednej osoby która by się zorientowała, że w cieście jest warzywo, jak również ani jednej, której by nie smakowało. Zawsze jest hitem.
Jest to ciasto trochę trudniejsze od zwykłego ciasta ucieranego - przez tajemniczy składnik może wyjść bardziej zbite niż zaplanowaliśmy. Lekki zakalec zupełnie tu nie przeszkadza, poza względami wizualnymi. Ciasto wciąż jest pyszne.
Przepis zaczerpnięty od Doroty, oczywiście, ale lekko zmodyfikowany.
Składniki:
115 + 40g miękkiego masła
0,5 szklanki oleju
2 jajka
Pół szklanki śmietany 18%
Łyżeczka ekstraktu z wanilii
250g cukru
1 łyżeczka sody
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta soli
60g kakao
300g mąki pszennej
340g startej na grubych oczkach cukinii (ponoć to 2 szklanki)
100g mlecznej czekolady
100g gorzkiej czekolady
Czas wykonania: 2h
Koszt: 12-15zł
Wykonanie:
Na początek dobrze sobie naszykować wszystkie składniki. Najważniejsze - trzemy cukinię na grubych oczkach, siekamy połowę czekolady - pół tabliczki mlecznej, pół tabliczki gorzkiej.
115g miękkiego masła ucieramy mikserem. Dodajemy olej, ucieramy. Dodajemy cukier, wanilię, proszek do pieczenia, sodę, sól i znów ucieramy. Dodajemy jajka, po kolei, wciąż miksując, oraz śmietanę. Dodajemy kakao, miksujemy. Powoli dodajemy mąkę, miksujemy. Na tym etapie ciasto jest bardzo gęste, wręcz zbita masa. Nic się nie martwimy, bo oto dodajemy startą cukinię, która jest na tyle wilgotna, że ciasto uzyskuje bardzo ładną, kremową konsystencję. Dodajemy posiekaną czekoladę (50g mlecznej, 50g gorzkiej) i jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni. Oblizujemy mikser.
Szykujemy tortownicę o średnicy 22cm. Wykładamy ją od spodu papierem i wylewamy nasze ciasto. Oblizujemy miskę.
Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 160 stopni ok. godziny - sprawdzamy wtykając patyczek. Pamiętajcie, że nigdy nie będzie on do końca suchy przez dużą ilość czekolady, ale nie może zostawać surowe ciasto. Po upieczeniu dobrze ciastem rąbnąć o ziemię, minimalizuje to ryzyko zakalca (upuszczamy tortownicę z ok. 50cm, płasko :)). Gdy ciasto przestygnie oblewamy je polewą - roztapiamy 40g masła i pozostałe 100g czekolady, mieszamy dokładnie aż do uzyskania gładkiej polewy i równomiernie pokrywamy.
Życzyłabym smacznego, ale tutaj nie ma ryzyka, że nie zasmakuje ;))
PS. Pamiętacie moje awokado, zasadzone w złą stronę? Pisałam o tym tutaj. Po 2 miesiącach mogę już pochwalić się ładną, zgrabną roślinką! Prawie 2 tygodnie moczenia się złą stroną na szczęście wcale nie przeszkodziło pestce - po odwróceniu i upływie 1,5 tygodnia pojawił się mały, rozrastający korzonek, następnie pestka pękła u góry i wychylił się mały kiełek. W ciągu ostatnich 2 tygodni kiełek ten mocno się wydłużył i wypuścił kilka ślicznych liści :) dawno już powinnam była go przesadzić do ziemi, ale nie miałam odpowiedniej doniczki. Dziś, mam nadzieję, uda mi się ją kupić. Okazuje się, że awokado to całkiem wytrzymałe bestie. I całkiem ładne ;) Więc jeżeli jeszcze się nie zmotywowaliście - przy okazji kolejnego pesto nie wyrzucajcie pestki :)
niedziela, 17 lipca 2011
Risotto z bobem
Bób dziś do mnie zakrzyknął z półki - już dawno miałaś mnie użyć do risotto! No to wzięłam. I zrobiłam. Rewelacyjny przepis zaczerpnęłam od Shinju - klik. Wprowadziłam kilka zmian, bo nie przepadam za suszoną cebulą która w nim była, po eksperymentach z winem w potrawach - również je pominęłam. Jeżeli jedno i drugie lubicie - dodajcie.
Porcja duuuża, zjadłam na 2 razy, ale jednak na 2 osoby zrobiłabym trochę więcej (1,5 szklanki ryżu).
Składniki:
1 szklanka ryżu arborio
1 spora cebula
3-4 szklanki bulionu
2 łyżki masła, 1 łyżka oliwy
1,5 szklanki ugotowanego i obranego bobu (ok. 0,5 kilograma)
Parmezan (albo inny twardy ser)
Pieprz biały, sól
Czas wykonania: 35-40 minut
Koszt: 5-6zł
Wykonanie:
Bób gotujemy w lekko osolonej wodzie do miękkości, lub na parze - przez 10-15 minut, aż skórki napęcznieją, po czym po podniesieniu pokrywki wyraźnie "opadną" i przykleją się do ziarenek. Dajemy bobowi przestygnąć po czym łuskamy go. Jeżeli używacie młodego bobu i lubicie ten smak, to jedzcie przy okazji same łupinki - rewelacyjnie wpływają na jelita ;) Na dużej patelni rozgrzewamy łyżkę masła i łyżkę oliwy. Posiekaną w drobną kostkę cebulę podsmażamy, aż się zeszkli. Dorzucamy surowy ryż, smażymy ok. 3-4 minut aż zrobi się lekko przezroczysty. Po chochelce dolewamy bulionu, za każdym kolejnym razem czekając, aż ryż go wchłonie. Cały proces powinien nam zająć ok. 25 minut. Próbujemy, oczywiście, od czasu do czasu. Ryż powinien być lepki, miękki, ale bez przesady. Przed ostatnią chochelką, kiedy ryż jest już prawie-prawie gotowy, dodajemy bobu, łyżkę parmezanu, pieprzu białego. Mieszamy delikatnie. Dodajemy jeszcze łyżkę masła, mieszamy do rozpuszczenia. Odstawiamy na chwilę z ognia, podajemy. Smacznego!
poniedziałek, 11 lipca 2011
Malibu z sokiem jabłkowym
Uff jak gorąco, puff jak gorąco. Do miłośników piwa, które podobno w takie upały nieźle chłodzi, nie należę. Ale nic to! To mój ulubiony drink na upalne dni, świętuję nim co się da (czy to już alkoholizm?). Zimny, bardzo zimny sok jabłkowy, kilka kostek lodu, chluśnięcie malibu do smaku - wlejcie tyle, ile kokosa chcecie czuć.
Doszły do mnie słuchy, że ambrozja ta nie jest szerzej znana jak jej najbardziej znana, acz dla mnie trochę za muląca wersja - malibu z mlekiem. Ponieważ rzecz to straszna, umieszczam ten mało ambitny "przepis". Ale poważnie - nie znam jeszcze osoby, której by nie zasmakowało. Pycha.
sobota, 9 lipca 2011
Lasagne z sosem pomidorowym

Klasyczna, klasyczna lasagne. Bez udziwnień w stylu sosu beszamelowego, najprostszy i najpyszniejszy przepis. Bardzo lubię w nim dużą ilość pomidorów, w połączeniu z dobrej jakości mięsem mielonym tworzą danie, któremu nie można się oprzeć. Kiedy ktoś mnie jakiś czas temu poprosił o umieszczenie tego przepisu, to tylko czekałam na odpowiednią okazję ;)
Porcja jest duża - spokojnie najedzą się nią 4 głodne osoby. Robiłam w naczyniu żaroodpornym o wielkości 26x17cm , ale można użyć też zwykłej blachy, keksówki, czy co tam mamy pod ręką.
Składniki:
Płaty makaronu lasagne (ja zużyłam 9 sztuk)
500g mięsa mielonego (wybierzcie swoje ulubione - u mnie wołowe, ale wołowo-wieprzowe też się świetnie sprawdzi, również drobiowe dobrej jakości da radę)
300g sera - u mnie 250g mozzarelli + trochę sera wędzonego
Dwie puszki krojonych pomidorów bez skórki
Dwie średnie cebule
Kilka ząbków czosnku
Przyprawy - sól, pieprz, bazylia, oregano, ewentualnie pieprz ziołowy
Czas wykonania: 2h
Koszt: 14-18zł
Wykonanie:
Na początek trzemy cały nasz ser na jakiś talerzyk i odstawiamy do późniejszego użycia.
Następnie na dużej patelni rozgrzewamy odrobinę jakiegoś tłuszczu. Dodajemy posiekaną w dość drobną kostkę cebulę, smażymy kilka minut, aż cebula się zeszkli. Wyrzucamy na nią mięso mielone, rozgniatamy drewnianą łopatką, smażymy ok. 5 minut, po czym zmniejszamy ogień i dusimy kolejne 5-10, aż będzie gotowe. W niewielkim garnku podgrzewamy pomidory z puszki (nie gotujemy), dodajemy trochę soli, solidnie oregano, bazylii, pieprzu (lub pieprzu ziołowego) do smaku. Dodajemy 2-3 ząbki czosnku, posiekane lub zgniecione. Pozwalamy popyrkolić się kilka minut, aż pomidory przejdą smakiem i zapachem przypraw. Dodajemy łyżkę lub dwie startego sera, mieszamy do rozpuszczenia. Dodajemy ok. 4-5 łyżek sosu pomidorowego do mięsa, mieszamy do połączenia, pozwalamy popyrkolić się kilka minut, próbujemy. Dodajemy ewentualną sól, pieprz lub inne przyprawy. Gotowe i smaczne? Dobra, to jedziemy dalej.
Uwaga - mimo napisów na opakowaniach "nie wymaga gotowania" "nie wymaga wstępnej obróbki" i innych kłamliwych zapewnień - nigdy nie pomijam tego kroku. Trzeba naprawdę dużo sosu, żeby makaron sam się w nim ugotował w piekarniku, kompletnie mnie to nie przekonuje, a chrupiący makaron w lasagne to nie jest coś, co tygryski lubią, a już najbardziej - ani trochę. W związku z tym zanim zaczniemy układać nasz makaron w przygotowanym, wysmarowanym masłem naczyniu, każdy płat wsadzamy do garnka z gotującą się wodą na 1 minutę, ma leciutko zmięknąć, ale nie być zupełnie miękki. My robiliśmy to po 3 płaty, tyle, ile na jedną warstwę. Układamy następnie nasze przygotowane składniki w następującej kolejności:
Warstwa makaronu -> 1/4 sosu pomidorowego -> połowa mięsa -> 1/3 sera -> warstwa makaronu -> 1/4 sosu pomidorowego -> pozostała połowa mięsa -> 1/3 sera -> warstwa makaronu -> 1/2 sosu pomidorowego (polewamy obficie, również po bokach) -> 1/3 sera.
Czyli mamy 3x warstwę makaronową, 2x warstwę mięsa, 3x sos, 3x ser ;) zostawiamy więcej sosu na samą górę, bo i tak ten który wylejemy na koniec powinien przejść do samego spodu naszej lasagne.
Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180-190 stopni przez ok. 20-25 minut, aż ser na górze się rozpuści i lekko przypiecze, a makaron w środku zmięknie. Kroimy i podajemy oczywiście gorącą, więc nie liczcie na to, że uda się przetransportować piękną, zgrabną kosteczkę porcji na talerz. Raczej będzie pyszna demolka ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










